No to mamy pierwszą oficjalną nominację na Żenuę 2012 - kajam się niniejszym za brak postów, postaram się poprawić.
A póki co, garść wspomnień z ostatniego pobytu w Posen.
Nominacje do Głupola 2012:
N: Ciekawe, czy na bilecie 48godzinnym da się jeździć w nocy...? a: Poważnie? ;] To jest opcja 4 x jasna część dnia? ;]
N. (całkiem serio): Dwa modżajto poproszę.
Kraków traci status miasta, w którym obowiązkowo zjadam tartę. W "Sieście" koło Starego Browaru serwują pierwszorzędną, w dwa razy większych porcjach ^^v
Po raz pierwszy do miana Ciacha pretendować będzie osoba płci żeńskiej. Niejaka chudzinka Lucynka :P Podbiła moje serce na tyle, że żałuję, że nie ma strony na fejsie :P
Jestem w lepszej formie niż sądziłam :D Pan masażysta znalazł tylko kilka kłębków nerwowych, poza tym nic mi nie dolega ^__^v
Po bardzo udanym spektaklu Krawca Mrożka stwierdzam, że dużo sensowniej jest teraz wydawać pieniądze na teatr niż na kino - przynajmniej jest większa szansa na zobaczenie czegoś autentycznie ciekawego czy zabawnego.
Miałam też styczność z kulturą poznańską :D Gzikiem, szarymi kluskami oraz gwarą - tak dziwaczną, że nie jestem nawet w stanie powtórzyć jednego słowa :P
W Ikei zainwestowałam 5 dych w moje zdrowie i zrelaksowany kark, oraz znalazłam tańszą alternatywę dla mojej wymarzonej lampy za 2 kafle. Mam nadzieję, że będą one dostępne za miesiąc od ręki ^^
Nowy dworzec prezentuje się całkiem okazale, ale szał budowlany opóźnił mój wyjazd o godzinę, a przyjazd do celu - o dwie... Choć jest też teoria, że to wszystko przez karmę :P
* nie wszystkie samochody są białe * nie widuję ludzi z iPadami. Ba, większość ludzi uważa, że głupotą jest je kupować. * Pociąg stoi na peronie pół godziny wcześniej. To tak rzadko odjeżdżają z niego pociągi? * Przepyszna kawa w kawiarni jest w cenie obrzydliwej japońskiej lury z automatu * Polacy są ogromni... A kobiety strasznie wysokie
* reklamy proszku podają temperaturę prania! * ile starych samochodów! * to aż tyle facetów ma wąsy i/lub brodę? O.O A jakie gęste... * pamiętałam, że podstawowy styl Polaków to pseudo metalowiec z jakimiś długimi kłakami, ale nie sądziłam, że aż tak mi będzie przeszkadzać :/ * mmm... jaki my dobry chleb mamy... mniam! przez miesiąc miałam ochotę jeść głównie kanapki ^^ * w każdym domu jest piekarnik - niebywałe * sushi - w Japonii bardziej zbliżone do fast fooda, w Polsce jest burżujskim daniem, jedzonym fudufafa, a smakuje okropnie. Ryba drugiej świeżości istnieje. * w Japonii nawet książki pakuje się do czarnych reklamówek, żeby chronić prywatny wybór, a w Polsce? Zestaw biustonoszy ląduje bez namysłu w przezroczystej reklamówce :>
Tyle złego napisałam o pociągach, teraz może coś dobrego. Po pierwsze ceny: Średni dystans między lokacjami wynosił 600km, cena za miejsce stojące jakieś 40 zeta. Biorąc pod uwagę, że to jest cena za miejsce siedzące, jeśli się wie jak je dostać, to bilety wychodzą całkiem tanio. A jak jest szczyt sezonu to niestety za takie ceny płaci się brakiem wygód ;)Po drugie, Chińczycy wiedzą, że jest ich dużo i w związku z tym podstawiają tyle wagonów, ile się da. Średnio około dwudziestu. Oj, jak zobaczyłam po raz pierwszy chiński pociąg... Jak podjechał, tak nie mógł się skończyć :P Czasem trzeba było tuptać kilka minut do właściwego wagonu.
Porada na przyszłość: nie wybierajcie pociągów bezklasowych ;) Pociąg z Pingyao do Xi'anu kosztował nas 16zł. Trochę zdziwiło nas to, że ten sam dystans do Pingayo kosztował dwa razy tyle, ale idealnie pasowała nam godzina, więc specjalnie się nie zastanawialiśmy. Dopóki nie podjechał horror z wentylatorami i zrozumieliśmy dokładnie, co znaczy brak literki przed numerem połączenia :P
***
Chińczycy jedzą. I to jedzą mnóstwo i wszędzie. Kiedy pierwszy raz zobaczyłam ludzi z siatkami pełnymi jedzenia, idących do pociągu, myślałam, że to siatka dla całej rodziny. Dopóki nie stwierdziłam, że KAŻDY taką niesie o.O Średnio na jedną osobę przypadały dwie zupki chińskie, jakieś snacki typu orzeszki i ze 2 litry wody O.O Nieważne, czy dorosłego czy dziecko. Dodam, że pociąg odjeżdżał najczęściej w okolicach 21 i był na miejscu koło 6. My z Filipem zadowalaliśmy się kolacją przed odjazdem i śniadaniem rano ;) Taki sowity prowiant dotyczy nie tylko pociągu. Również przy wyjściu w góry Chińczycy byli zaopatrzeni w zupki, zielone herbaty i snacki. Nawet jeśli większość z nich wyjeżdżała na szczyt kolejką ;]
***
Myślałam, że to Koreańczycy jedzą najwięcej zupek chińskich (uwaga, w Azji najpopularniejsza postać to duży papierowy kubek z makaronem do zalewania, nie jak u nas, paczuszki do włożenia do miski) dopóki nie zobaczyłam stosów kubków pietrzących się w dworcowych sklepach, ulicznych straganach, hotelach, no dosłownie wszędzie. Ponieważ to danie narodowe, trzeba umożliwić rzeszom jego spożywanie. Automaty z wrzątkiem (darmowe!) są na lotniskach, dworcach i oczywiście koniecznie w pociągach! Ja dopiero od koniec wyjazdu wymyśliłam, że można by ich użyć również to robienia kawy :P
***
W pewnym momencie, widząc po raz kolejny Filipa próbującego się wcisnąć do autobusu (nie mógł się wyprostować i musiał stać ze skrzywioną szyją - od razu stał się oczywiście atrakcją dla miejscowych ;] ), stwierdziłam, że przy wyrabianiu wizy do Azji (a zwłaszcza Chin, tutaj problem rzucił mi się w oczy wyjątkowo) powinno się podawać swoje wymiary :> Wnioski za dużych powinny być odrzucane lub powinni podpisać jakąś klauzulę, że nie będą protestować, że środki transportu, siedzenia, czy inna przestrzeń publiczna są dla nich za małe ;]
***
Jedna z ciekawszych osobliwości Chin: sklepy są tu pogrupowane. Niezależnie od popytu na dane usługi, jeśli znaleźliśmy jeden sklep, było pewne, że kilkanaście metrów dalej będzie kolejny. I dotyczy to zarówno warsztatów samochodowych, hurtowni orzeszków (w tych przypadkach ciągnęły się jeden koło drugiego, wzdłuż całej ulicy), jak i sklepów agd, fryzjerów, sklepów muzycznych, z grami, z przyrządami do kaligrafii, kantorów oraz burdeli. Nawet węższe specjalizacje typu sklep ze sprzętem do golfa, czy wędkarski też zawsze chodziły przynajmniej parami.
***
Podróż chińskim pksem męczy chyba bardziej niż pociągiem... Haha, już widzę jakie horrory sobie wyobrażacie :P A owszem, jest wygodniej, bo busy kursują często i nie ma problemów z miejscówkami. ALE program rozrywkowy, jaki jest fundowany pasażerom... Najczęściej jest to kompilacja kabaretów, puszczona na cały regulator... Poziom gagów jest mocno klozetowy, miałam wrażenie, że cały komizm opiera się na jak najgłośniejszym darciu mordy, bo inaczej się tego nie da nazwać. Chwilą wytchnienia od tego jazgotu jest tyrada przewodnika, wygłoszona szczekającym chińskim, również na cały regulator. Oczywiście Chińczycy czują się w tym hałasie znakomicie, nie przejawiali ani cienia zmęczenia decybelami, wręcz przeciwnie dokładali jeszcze trochę od siebie, gadając nieprzerwanie z innymi. Zanotować: artykuł pierwszej potrzeby w Chinach: stopery
***
Zabawne incydenty w pociągach. W wagonach jednego z pociągów były porozwieszane wielkie czerwone banery. Co kilka metrów coś krzyczało żółtymi znakami na pasażerów. W naszym wagonie ich nie było, nie wiedzieć czemu, dzięki czemu mieliśmy przez jakiś czas zabawę, dumając co może być ich treścią. Ich dostojność oraz fakt, że Partia obchodzi właśnie 90. rocznicę założenia, skłoniły nas ku przypuszczeniu, że sławią potęgę partii i systemu. Ale nie XD Przy okazji wizyty w łazience przyjrzałam się im z bliska i okazało się, że to jedynie element kampanii społecznej, uczącej Chińczyków kultury XDXDXD Może i hasła były patetyczne, czego bym się spodziewała, ale mój poziom chińskiego jest za niski, żeby to stwierdzić. Na pewno natomiast chodziło o to, żeby nie rozmawiać przez komórkę, nie przeszkadzać współpasażerom, nie śmiecić itd.
Kierowcy autobusów w Chinach preferują styl nieformalny. Tshirty, klapki, bluzy to standardowy uniform ;] Nie mogłam się długo przyzwyczaić do tego wrażenia, że to jakiś przypadkowy pasażer wskoczył za kierownicę i jeździ po mieście :P A, kobiet-kierowców jest równie dużo jak panów, jak nie więcej ;)
***
Co miasto i rodzaj autobusu to inny sposób płacenia za bilet. Czasem przy kierowcy z przodu jest pudełko, do którego wrzuca się jednego (najczęściej) lub dwa yuany (40-80gr); czasem wchodzi się do środka i mówi konduktorce-bileterce gdzie się chce jechać i ona nalicza należność.
***
Najdziwniejszy bilet: metro w Nankinie. Tam nie było jak wszędzie plastikowych kart tylko żetony, które wrzucało się jak do skarbonki XD
***
W autobusach nie ma oświetlenia. W sensie w środku. Po zmroku jeździ się w mroku ;) W sumie jak się zastanowić, to po co niby światło w środku. Zazwyczaj jest taki tłok i tak trzęsie, że czytać się nie da, a zamiast na współpasażerów lepiej gapić się na zewnątrz :P
***
Najdziwniejszy incydent w autobusie: Nanjing. Kierowca kazał wszystkim wysiadać, kiedy autobus za długo stał w korku ;) To chyba było tuż przed ostatnim przystankiem, więc w sumie dość logicznie zadziałał.
Incydent, który sprawił najwięcej kłopotów: Xi'an. Drzwi zamknęły mi się przed nosem i nie zdążyłam wysiąść, przez co rozdzieliliśmy się z Filipem i to akurat w czasie jedynej burzy w czasie całego pobytu.
***
"Przystanek" to raczej miejsce, gdzie stoi kilka tablic, przed którymi zatrzymują się różne autobusy. W sensie przy jednej tablicy trzy autobusy, przy innej cztery itd. I takich tablic potrafi być od trzech do dziesięciu. Oczywiście nikt nie wpadnie na pomysł, żeby na obu końcach umieścić jakąś zbiorczą informację, skąd odjeżdża jaki autobus. Dodatkowo, w odległości standardowej dla dwóch przystanków w Polsce czy Japonii, jest kolejny "przystanek", ale dla zupełnie innych autobusów!!! Oj, czasem naprawdę trzeba było się odreptać, żeby znaleźć autobus... W kategorii nieprzyjaznego interfejsu przoduje bezsprzecznie Xi'an. Raz w poszukiwaniu autobusu przeszliśmy dobre 300m w każdą stronę skrzyżowania... A, żeby tego było mało, niektóre autobusy kursują tylko do 19:30...
***
Hong-Kong. Wspaniałe miasto. Ludzie kulturalni, nie wrzeszczą i do tego większość mówi wspaniałym angielskim. Nawet dziaduś w sklepie na przedmieściach.
Ja byłam pod wielkim wrażeniem autobusów, które wjeżdżały z łatwością po stromych, wąskich i krętych uliczkach na wzgórza o.O Dodam, że autobusy były piętrowe. Brawa dla kierowców. Sporym zaskoczeniem było to, że w HK, który w końcu był pod sporymi wpływami brytyjskimi, jak nigdzie indziej w mainlandzie, da się wyraźnie poczuć Chiny! Ciężko mi to wytłumaczyć, ale wreszcie miałam poczucie takiej tradycyjnej atmosfery miasta. I to mimo otaczających mnie wieżowców. Może wynika to z tego, że w mainlandzie na gwałt się wszystko burzy, buduje i modernizuje, a HK zachowuje swój klimat...? Bardzo żałowałam, że niespecjalnie było tam co robić w ciągu dnia (chyba, że lubi się shopping - o, to wtedy można siedzieć i tydzień, podobno), bo w nocy robił się naprawdę piękny. Mogłabym ze dwa wieczory pod rząd tylko jeździć tramwajem z jednego końca wyspy na drugi...
Z ciekawych przygód: parę razy zaczepili nas ludzie przeprowadzający jakąś ankietę. Ale za każdym razem dialog wyglądał tak: - Skąd jesteście? - Z Polski. - Aha, dziękuję. Koniec ankiety XD Zapewne Niemców czy Amerykanów pytali o coś więcej niż tylko kraj pochodzenia ;]
W Makau rikszarz chciał od nas 150$ (65PLN) od osoby (sic!) za przejażdżkę do centrum. Jak go ofuknęliśmy to obniżył cenę do 150$ za dwie osoby. Na drzewo. Autobus kosztował 2,3$. Zaoferowaliśmy mu 25$, ale tym razem to on nas ofuknął. Nie chce się pracować za byle jaką kasę... Pewnie, gość przewiezie jakiegoś helmuta nawet raz na dwa dni i już ma za co żyć przez tydzień.
Hong Kong był wspaniały, ale jego klima mnie niemal zabiła. Gdziekolwiek nie poszłam wiała na mnie zimnym powietrzem 17C i nie było gdzie przed nią uciec. Zgodnie z moimi prognozami, przeziębiłam się porządnie, i przez kolejne trzy dni kurowałam zatoki, nie mogąc się w spokoju radować pięknymi widokami Yangshuo. Z drugiej strony przytępił mi się mocno słuch, więc nie irytowały mnie klaksony i naganiacze ;] :P
***
Nie wiem o co chodzi, ale wiele kobiet chodzi po ulicach, trzymając się za ręce. Jeszcze rozumiem babcie z wnuczką, ale kobiety w okolicach 35-35...?
Po dwóch postach dedykowanych jednemu tematowi, teraz trochę (pewnie rozbitych na kilka postów) różnorodnych spostrzeżeń, na podstawie moich notatek, sporządzanych w ciągu podróży.
Polecam bardzo linie Eastern China - żadnych problemów z bagażem (czego nie mogę powiedzieć o Hainan Airlines - zatrzymali mi zapalniczkę w bagażu do LUKU) i znakomite jedzenie. Nie mówiąc o całkiem przyzwoitej kawie, nieczęsto się to zdarza.
***
Lotnisko w Szanghaju i pierwszy szok kulturowy (oczywiście w porównaniu z Japonią, zdążyłam już nieco zapomnieć jak wygląda Polska, o czym zapewne świadczy moja pogłębiająca się tęsknota za ojczyzną). Facet w kantorze na mnie nakrzyczał! Na mnie! Okyaku-samę! Potwarz! Bo przepraszam bardzo, nie zrozumiałam od razu jego chińskiego akcentu. O horrendalnej prowizji 20PLN za wymianę nie wspomnę.
***
Maglev. Przejechałam się, bo tata mnie ofuknął, że nie skorzystałam rok temu. Fajnie było, ale jak przy shinkansenie, specjalnie się prędkości nie czuje. Choć na pewno nic nie stuka, ani nie buja. Co najwyżej, pociąg się dość mocno nachyla, ale to akurat jest fajne^^ No i jest całkiem cichy.
***
Trąbienie!!! Matko, mgliście pamiętałam, że jest i dużo, ale rzeczywistość dała mi w d. Słuchajcie, nie macie pojęcia, jaka kakofonia panuje na chińskich ulicach. Trąbi się tu z okazji każdej okazji. Jak ktoś nam zajedzie drogę, żeby dać znać pieszemu że się zbliża (nawet jak odbywa się to w ciemnej pustej uliczce i nie ma szans, żeby nie zauważyć świateł), ot tak, dla animuszu przy ruszaniu z miejsca, żeby pozdrowić innych (innego wyjaśnienia nie znalazłam dla takiego totalnie randomowego trąbienia między kierowcami), lub też podziękować za uprzejmość. Koszmar, KOSZMAR... 15 minut spaceru chińskimi ulicami i człowiek ma serdecznie dość. Co oni, myślą, że ich nie słyszę na prostej drodze?! A jakby nawet coś się działo na skrzyżowaniu, czy bardziej zatłoczonym miejscu to i tak nie ma szans usłyszeć, kto trąbi, a nawet jeśli, to i tak się go zignoruje skoro trąbią wszyscy, bez specjalnego powodu.
***
Chiny to kraj smażenia. Świadczą o tym chociażby 5l butle sprzedawane wszędzie, np. w kombini.
***
Zachowanie w metrze... Oj, przeżyłam niewąski szok, kiedy pierszego dnia musiałam się przemieścić do mojej host w godzinach szczytu. Tłumy, ogromne tłumy, większe niż możecie sobie wyobrazić... Nie pozostaje nic innego tylko płynąć z resztą i nie dać się zadeptać. Zachowanie ludzi mnie zdumiewało. Drzwi specjalnie otwierały się jakieś 15 minut po zatrzymaniu pociągu, ale ludzie i tak zaczynali się pchać zanim jeszcze dojechali na stację. Wsiadający również nie pozwalali ludziom wysiąść tylko pchali się do środka tuż po otwarciu drzwi. Toż to sprzeczne z wszelką logiką... Już rozumiem, że można chcieć utrudniać życie innym, ale samemu sobie...? Tu muszę oddać sprawiedliwość Pekińczykom. Pamiętałam, że ich zachowanie było absolutnie nie do przyjęcia i barbarzyńskie, ale okazało się, że jest zupełnie inaczej! Ludzie w większości czekali aż inni wysiądą, przepuszczali innych, nawet ustępowali miejsca starszym czy matkom z dziećmi. Nie chce mi się wierzyć, że źle pamiętam... Chyba zrobili im przez ten rok jakieś pranie mózgu... Natomiast widziałam niejednokrotnie w całym kraju ludzi palących w metrze. W Japonii nie do pomyślenia.
***
Toalety. Och, tu jest o czym opowiadać, ale postaram się krótko, bo temat nie należy do najprzyjemniejszych. Chińskie toalety to w przerażającej większości jeden wielki syf. A nawet w poważnych instytucjach typu muzea narodowe nieobecność papieru to norma. W mniej poważnych miejscach toaleta to najczęściej rynna w podłodze łącząca kilka kabin. A nawet w toaletach z kabinami nierzadko można zastać pozostałości po wcześniejszych użytkownikach... W Chinach, podobnie jak w Korei, użytego papieru nie spuszcza się z wodą tylko wrzuca do kosza stojącego obok. Jak przekonywały mnie ogłoszenia w większości hosteli, spuszczenie papieru powoduje zatkanie się instalacji.
***
Bardzo wielu starszych Chińczyków chodzi po ulicy klaszcząc. To podobno coś w rodzaju akupunktury...? Klaszcząc stymuluje się punkty w dłoniach, które oddziałują pozytywnie na ogólny stan zdrowia. Ta sama chińska medycyna radzi chodzić tyłem lub też w ogóle czołgać się po chodniku. No cóż, fakt jest faktem, że niektórzy dożywają setki... Choć osobiście myślę, że to kwestia herbaty ;)
***
600ml kosztuje średnio 1.5-2zeta. Piwo jest raczej słodkawe i cienkawe, ale w gorący dzień smakuje znakomicie :P Magnum kosztuje 1,2-2zł o.O
***
Komunikacja publiczna jest wyjątkowo tania. Bilet na autobus kosztuje 40gr za zwykły, 80gr za klimatyzowany. Pksy do 60km kosztują jakieś 5 zeta. Pociągi również, mimo ich licznych wad, są dość tanie. Najdroższy bilet jaki kupiłam (kuszetka, 1600km) kosztował 200zł. Zwłaszcza w porównaniu z Japonią jest to wręcz śmiesznie tanio. Tutaj musiałabym zapłacić pewnie z 5 razy tyle.
***
W Chinach czułam się dość bezpiecznie. Oprócz oczywistych sytuacji, kiedy próbowano mnie oskubać, lub na coś naciągnąć, podczas spaceru nawet niezbyt luksusowymi dzielnicami, nikt mnie nie zaczepiał. kiedy raz siedziałam z plecakiem po całym dniu chodzenia i sączyłam piwko dla ochłody podeszła do mnie grupka lokalnych bysiów. Przyjaźnie zagadali, po czym zaczęli sobie po kolei robić ze mną zdjęcia XD Wyobrażacie sobie taką sytuację z blokersami? ;]
***
Jakąż miłą odmianą po Japonii była możliwość wyrzucenia śmieci zawsze i wszędzie! Kosze jak w Polsce rozstawione były co kilkadziesiąt metrów, a do tego mnóstwo babć i dziadków zabierała ode mnie butelki. Bardzo często kończyłam nawet herbatę przy nich ;) Ach, brakuje mi tych dziaduszków w Japonii, tutaj nierzadko muszę tachać butelki z powrotem do domu, a w Chinach tak się cieszyli jak je dostawali ;) Ultimate recycling, czyż nie? ^^ Kosze na śmieci są także w większości autobusów! Przy kierowcy lub środkowym wyjściu ;)
Czasem jednak nadgorliwość sprzątaczek jest zbyt daleko posunięta. Raz zabrała nam w pociągu ledwo napoczęte pudełko ciasteczek, które odłożyliśmy na tackę przed nami. Zanim zdążyliśmy zareagować, zniknęło już w przepastnym worku...
Kiedy tylko dotarliśmy do Guilin/Yangshuo wiedzieliśmy, że podstawą naszego spokojnego pobytu będzie zabukowanie biletów do Xi'anu zawczasu. Zdecydowaliśmy się to załatwić poprzez nasz hostel, ponieważ dziennie kursował jedynie jeden pociąg - nie było szans, żeby kupić je samemu. Okazało się, że chcieliśmy je zamówić za wcześnie, da się dopiero jutro, na 4 dni przed naszym planowanym wyjazdem. Byłam więc w recepcji rano. Znowu za wcześnie, sprzedaż jest od 11. Parę minut po 11 dowiedziałam się jednak, że biletów nie ma. Żadnych. Poza stojącymi, oczywiście. Ale podróż do Xi'anu miała trwać 22h - tego już byśmy na stojąco cali i zdrowi nie przetrwali. Stwierdziłam, że nie ma co próbować przez hostel następnego dnia, sytuacja się powtórzy. Całe szczęście mieliśmy numer do gościa z informacji turystycznej w Guilin, który wyglądał na wystarczająco cwanego, żeby poradzić sobie lepiej niż Chineczka z recepcji. David obiecał, że bilety załatwi, ale nie jest w stanie powiedzieć na pewno, na kiedy będą. Postara się na dzień, który wybraliśmy. Musieliśmy się przenieść więc z uroczego Yangshuo do brudnego i nudnego Guilin, żeby tam czekać na sygnał. David zwodził nas co chwilę, kazał dzwonić wieczorem, potem rano, obiecywał, że już zaraz będzie miał bilety, po czym okazywało się, że jednak nie. W rezultacie spędziłam w tym okropnym Guilinie dwa dni ekstra... Ale w końcu się udało ^o^ David zadzwonił rano z informacją, że ma bilety na wieczór. Ja nie wiem jak to działa, przechodzą może przez niego jakieś zwroty rezerwacji...? W pociągu wzięli od nas bilety i wymienili je na karty pokładowe z numerem kuszetki. Podejrzewam, że ponieważ to pociąg nocny to konduktor patrzy gdzie kto ma wysiąść i ewentualnie budzi pasażera przed stacją. Choć nie wiem, czy mój optymizm jeśli chodzi o poziom chińskich usług nie jest zbyt daleko posunięty... Oprócz nas, spała jeszcze w pomieszczeniu dwójka Chińczyków, która przez odjazdem musiała okazać czerwone książeczki. Na dowód osobisty to nie wyglądało, raczej na książeczkę partyjną. Podejrzewam, że lud na soft sleeperach nie podróżuje...
Akt IV: A może by tak autokarem...?
W Luoyangu zdecydowaliśmy się spróbować szczęścia z autobusami. Udałam się do kas na dworcu, z którego jechaliśmy do nieszczęsnego klasztoru Shaolin. Oczywiście pani nie zrozumiała, do jakiego miasta chcę jechać, dopiero jak napisałam znaki to usłyszałam przewidywalne meiyou. Ale pani obok pokazywała ręką "gdzieś tam". Poszłam więc w tamtą stronę i był tam kolejny dworzec o.O Podeszłam do pierwszej kasy, pokazałam pani karteczkę i również nic z tego. Ale wszyscy Chińczycy przede mną słyszeli to samo, a pani zamknęła zaraz okienko, więc stwierdziłam, że może sprzedaje tylko bilety "na zaraz". Weszłam do dworca, tam była jeszcze inna kasa, ale też meiyou. Na szczęście udało się kupić bilet na pociąg. Oczywiście stojący ;)
Akt V: Przewóz bydła
Pociąg z Pingyao do Xi'anu miał być moim ostatnim, bo na resztę trasy miałam zarezerwowane loty. Na dworcu zastaliśmy kolejkę na przynajmniej godzinę stania, ale nie daliśmy się onieśmielić i wyczailiśmy inne okienko z boku. Filip udał się tam i udało mu się kupić bilety w 10 minut i to, łola boga, siedzące z miejscówką!!! Nie, to nie mogła być prawda. O północy pojawiliśmy się na dworcu, który, w przeciwieństwie do wszystkich wcześniejszych, był pusty! Ach, jakie mieliśmy wizje tej nareszcie wygodnej i komfortowej jazdy na siedzeniu. Hahaha, och jacy naiwni byliśmy. Kiedy zobaczyliśmy wnętrze naszego pociągu przez jakiś czas nie byliśmy w stanie wykrztusić słowa. Słuchajcie, ja podróżowałam zatłoczonymi pociągami osobowymi. Raz zdarzyło mi się jechać do Krakowa na sylwestra, kiedy nie byłam się w stanie ruszyć przez całą drogę. Ale pociągi chińskie to inna rzeczywistość. Bo to, że ludzie byli stłoczeni na przejściu i na siedzeniach to w miarę normalne, ale ludzie śpiący na gazetach między siedzeniami, dziwaczne pakunki przypominające kołdry poupychane gdzieś na głowami, wszechobecny syf (o, o tym nie pisałam, Chińczycy rzucają łupki z orzechów i inne rzeczy pod siebie, raz, dwa razy w nocy przechodzi konduktorka i zamiata to, zostawiając brudną smugę na podłodze, a i tak nie brakuje chętnych do siadania na niej) i rząd wentylatorów obracających się na suficie, to już było troszkę za dużo i spowodowało niewielki szok. Zwłaszcza te wentylatory... One były naprawdę straszne i nadawały całemu wagonowi jeszcze bardziej upiorny wygląd. Staliśmy tak więc w przejściu między wagonami, patrząc na to wszystko, nie wierząc własnym oczom, a po chwili zaczęliśmy się zastanawiać, czy my NA PEWNO mamy te miejsca siedzące... Całe szczęście dzieliły nas od nich tylko trzy metry, więc zostawiłam Filipa z bagażami i zaczęłam się przepychać przez ludzi i pakunki. Pokazałam ze straszną miną nasze bilety i siedzący na naszych miejscach Chińczycy ze skrzywionymi minami, ale się podnieśli. Alleluja! Przenoszenie plecaków, upychanie ich w jakimkolwiek wolnym miejscu, instalowanie się na siedzeniach zajęło nam dobre 15 minut (nie żartuję! może nawet więcej...), przez kolejne 3 godziny byliśmy przygnieceni 18 kilowym plecakiem Filipa i właściwie nie mogłam się ruszyć, ale siedzieliśmy... Całe szczęście, bo oczywiście w alejce toczyło się życie jak zwykle. Stwierdziliśmy, że chociaż wózki sobie pewnie odpuścili w takich warunkach. A skąd...!!! Myślę, że do końca życia nie zapomnę tego upiornego wagonu, spartańskich warunków i wentylatorów jak z horroru.
Mogę śmiało powiedzieć, że najgorsze polskie pociągi są mi niestraszne.
Relację z mojej miesięcznej wyprawy rozpocznę od przedstawienia Wam najupiorniejszego aspektu Chin: mordęgi z pociągami. Nawet wszyscy naganiacze i naciągacze razem wzięci nie mogą się równać z kupowaniem biletu oraz podróżowaniem kilkanaście godzin na miejscu stojącym.
Mając w pamięci opowieści Eri o trudnościach w nabyciu biletów, zapytałam tutejszych Chinek czy to faktycznie taki duży problem. Odpowiedź była pocieszająca: owszem, są problemy, ale tylko w czasie swiąt państwowych, Nowego Roku i we wrześniu, kiedy studenci wracają z wakacji. Poza tym nie powinno być problemów, jeśli tylko pójdę kupić bilet kilka dni wcześniej.
Akt I Cywilizacja Pierwszą walkę stoczyłam na dworcu w Szanghaju. Sporym problemem okazało się znalezienie okienka z biletami... Chińczycy w większości kupują bilety w automatach, ale do tego potrzebna jest specjalna imienna karta (państwo musi wszak wiedzieć dokąd podróżujesz). Wędrowałam więc w tę i we w tę (a dworzec jest ogromy, jest powierzchnia do dreptania...) dopóki mój wzrok nie padł na... polski paszport w ręku białej turystki ;) Z nadzieją, że rodaczki mają już sprawę ogarniętą zapytałam o kasę. W odpowiedzi dostałam mordercze spojrzenie i wyjaśnienie, że kobieta właśnie po godzinie użerania się z lokalsami znalazła punkt sprzedaży biletów dla obcokrajowców. Zlokalizowany 20 minut drogi od dworca (oczywiście nigdzie nie było żadnego znaku do niego), a w środku kolejka biednych białych, na przynajmniej dwie godziny. No i zaczęłam pluć sobie w brodę, że posłuchałam mojej host, że bez problemu kupię bilet w dniu wyjazdu do Suzhou... ALE. Całe szczęście przypomniało mi się, że dzień wcześniej widziałam coś w rodzaju kas po drugiej stronie dworca (oczywiście po mojej stronie nie było żadnego znaku). Stwierdziłam, że lepiej spróbować przejść 10 minut przejściami podziemnymi na drugą stronę niż iść prosto do dwugodzinnej kolejki. Na moje szczeście kasy były i bilet do Suzhou udało mi się kupić bez problemu po okazaniu paszportu. Bilet z Suzhou do Nankinu też kupiłam z marszu na miejscu. I na tym skończyło się łatwe i przyjemne podróżowanie na miękkim siedzeniu.
Akt II Pociągi nocne Co znaczy kupowanie biletów w Chinach pojęłam w Guangzhou. Ponad 20 kolejek na 30 osób każda, i wszechobecne meiyou! (nie ma!) wykrzykiwane przez kasjerki. Nie ma biletów na kuszetki, nie ma biletów na soft seata, nie ma biletów na hard seata, na ten pociąg, na inny, na trzeci też nie. Jedyna opcja to miejsca stojące. Nie było wyjścia, choć 13h na stojaka nie brzmiało zachęcająco. Jedynie Filip, mój towarzysz podróży, zdawał sobie sprawę co nas czeka, ponieważ przeżył już 16h podróż z Hangzhou do HK ;] Za jego radą kupiliśmy więc składane plastikowe stołeczki po 4 złote. Całe szczęście, bo dzięki nim komfort wzrósł o kilkaset procent. Miejsca stojące sprzedawane są w wagonach hard seat - coś w stylu naszych osobowych tylko z pluszowymi siedzeniami. Na jednej takiej kanapie-siedzeniu ma się zmieścić trzech Chińczyków (na trzy miejsca sprzedawane są bilety), zazwyczaj mieści się ich czterech. Ponieważ ja mam rozmiar chiński, zlitowano się nade mną i wpuszczono mnie na kanapę, dzięki czemu mogłam drzemać podczas podróży. Ponieważ nawet siedząc na stołeczku w przejściu drzemać nie ma szans. W przejściu szerokości polskiego w pośpiechach toczy się bowiem życie, i to wyjątkowo żwawo. Po pierwsze przetaczają się przez nie masy ludzi idących do toalety, automatu z gorącą wodą do chińskich zupek (o tym w innym odcinku), na papierosa itd. A przetaczając się, popychają ciebie, więc spać się nie da. Ale to nie jest najgorsze. Najgorsze są wózki z jedzeniem, dokładnie szerokości przejścia, więc nie ma innego wyjścia, tylko wstać ze stołeczka i je przepuścić. A wózeczków kursuje trzy: z owocami, snackami i ryżem z potrawką. Średnio któryś z nich co 15 minut. Także w miarę spokojnie można zasnąć w takim nocnym pociągu w okolicach 3-4 nad ranem, jak większość ludzi wysiądzie i można się ulokować na kanapie.
A to dopiero wierzchołek góry lodowej pod tytułem Czar chińskichpociągów. Cdn.
Dwa tygodnie temu zdecydowałam się wreszcie po tygodniu dumania, na wyjazd do Chin w pojedynkę. Po raz ostatni w życiu (a przynajmniej tej młodej części) mam do dyspozycji półtora miesiąca ferii oraz wystarczające finanse, żeby pozwolić sobie na kolejną azjatycką przygodę. I stwierdziłam, że fakt, że nikt nie chce się do mnie przyłączyć to za słaby powód, żeby z tego rezygnować. Kiedy wreszcie podjęłam decyzję i uzyskałam błogosławieństwo od rodziców przystąpiłam do błyskawicznego opracowywania planu wycieczki w celu ustalenia dat lotów z i do Fukuoki. Okazało się, że najbardziej opłaca mi się kupić loty łączone Fuk-Shanghai+Nanjing-HK oraz Xi'an-Pek-Fuk. Bilet w jedną stronę do Sha kosztuje 220E, bilet łączony 270... Nie wiem jak to działa, ale kto by się zastanawiał, trza korzystać. Wpierw trzeba jednak znaleźć kogoś z kartą kredytową, kto zechce mi kupić bilety. Eri, człowiek z korporacji. Nie ma problemu. Tyle że strona nie obsługuje American Express. Fail, poszukiwania trwają. Niemiec napotkany przed akademikiem zgodził się pomóc, jeśli na jego karcie nie ma wystarczająco dużo kasy to porozmawia ze swoimi rodzicami, albo dziewczyną, na pewno da się sprawę załatwić. Niemcy to też porządni ludzie, jak się okazuje. Zadzwonił też do Francuza z naszej grupy, który zgodził się zapłacić w zamian za jeny. Wybornie. Francuska karta, francuska strona, co może pójść nie tak.
Akt I: govoyages Zrobiłam rezerwację, podając swój adres w Japonii, cztery loty za 550E. Następnego dnia czekał na mnie jednak francuski mail - gugl pomógł przetłumaczyć, ale nie chciałam wierzyć w treść. Bertrand potwierdził jednak wiadomość: govoyages nie przyjmie płatności kartą, chcą przelewu bankowego. Ten był niemożliwy z różnych powodów, więc ta strona internetowa odpadała. Francuzi wysłali maila tylko w sprawie pierwszego biletu, ale założyliśmy, że drugiego pewnie nie zaczęli nawet przetwarzać.
Akt II: edreams. Kolejna międzynarodowa strona, z różnymi wersjami dla poszczególnych krajów. Wybraliśmy francuską, bo bilety były nieco tańsze niż dla wersji międzynarodowej w euro. Rezerwacja się udała, tym razem podaliśmy na wszelki wypadek francuski adres Bertranda, w sumie wyszło 25E więcej, ale co tam. Ledwo Bertrand wyszedł dostałam maila z govoyages w sprawie mojego drugiego lotu! No zgroza. Poinformowali mnie uprzejmie, że drugi lot z Pekinu będzie się musiał odbyć z przesiadką i żebym im dała znać, czy się na to zgadzam. Oczywiście byłam cała w stresie, że jak to, przelew nie poszedł a oni dalej zajmują się moim biletem? A jak przypadkiem będą chcieli jednak wziąć pieniądze z karty? Piątek rano, kolejny mail. Tym razem z prośbą o wysłanie międzynarodowego faksu z kopią dowodu tożsamości i karty o.O Ile można tych kłód pod nogi? Ale cóż, przynajmniej jest to wykonalne. Poszłam do naszego biura dla studentów międzynarodowych zapytać, gdzie mogę wysłać taki faks. Po cichu liczyłam na to, że pani z japońską uprzejmością zaoferuje mi wysłanie go z biura. Ale nie, skierowała mnie tylko uprzejmie do biura podróży na kampusie. Wysłanie jednej strony kosztowało tam 10zł. Spodziewałam się więcej, ale co za różnica, trzeba robić to się robi. Pani kazała mi wrócić za pół godziny, żeby sprawdzić czy faks doszedł. Wróciłam po półtora godziny, po zajęciach, żeby się dowiedzieć, że nie doszedł, bo linie są przeciążone. Kazałam więc wysłać jeszcze raz. Też się nie udało. Pani poradziła, żeby spróbować wysłać faks z banku. Lekcje kończyłam jednak o 18:30, więc zanim dotarłam do najbliższego banku, ten był już zamknięty. Fail. Stres. Odechciało mi się. Miałam dwie opcje, czekać do poniedziałku i próbować znaleźć bank, gdzie zechcą wysłać faks lub robić kolejną rezerwację przez trzecią z kolei stronę. Zdecydowałam się w końcu na kayak, ponieważ tam podobno nigdy nie robią żadnych problemów (znajomy Amerykanin dał mi również poradę, co zrobić z faksem międzynarodowym - on po prostu poszedł do biura i tam wysłali mu je za darmo. No cóż, najwyraźniej umiejętność mówienia po japońsku to wada i lepiej rżnąć głupa...).
Akt III - kayak Pierwszy bilet zabukowałam bez problemów, schody zaczęły się przy drugim. Wyszukiwarka nie dała mi możliwości wyboru godziny wylotu z Xi'anu do Pekinu, jak na innych stronach, więc zamiast wygodnej 11 musiałam się zgodzić na 9. Po uzupełnieniu danych wyskoczył błąd - nie mogę zarezerwować tego lotu z nieznanych przyczyn. Przyglądnęłam się bliżej innym oferowanym lotom i okazało się, że nie ma bezpośredniego połączenia Pek-Fuk, muszę lecieć przez Quingdao albo Busan. Oczywiście cena wzrosła. No ale nie mam wyboru. Wybrałam inną opcję i znowu błąd. I tak w kółko macieju. Błąd, inne bilety do wyboru, ceny coraz wyższe. Traciłam już wszelką nadzieję, próbowałam nawet z innymi datami, ale niewiele to dało. No i w końcu ktoś tam na górze się nade mną zlitował i rezerwacja poszła. Nawet dość szybko przyszły do mnie maile z numerami siedzeń, więc wszystko wydawało się wreszcie iść do przodu. Ale bez przesady. Po jakimś czasie przyszedł mail z informacją, że jedna z linii wymagała numeru jakiegoś dowodu tożsamości, więc agencja podała numer karty kredytowej. Jeśli pasażer nie będzie jej miał ze sobą, trzeba zadzwonić na numer amerykański i podać inny numer. Wryłam się więc do znajomego Amerykanina i zadzwoniliśmy ze skajpa. Całe szczęście, że nie robiłam tego sama, bo osiwiałabym już całkowicie. Zanim system połączył nas z konsultantem należało podać numer telefonu komórkowego. Przy rezerwacji podałam swój japoński, ale system żądał amerykańskiego. Kyle podał więc numer swojej mamy. System oświadczył, że nie ma takiego numeru w bazie, ale całe szczęście połączył nas mimo wszystko. Na połączenie z człowiekiem czekaliśmy 25 minut. Gęgająca pani kazała najpierw podać nasze nazwiska i choć Kyle nie był ani pasażerem, ani nabywcą biletu musiał też podać swoje ze względów bezpieczeństwa o.O Następnie pani zażądała kodu bezpieczeństwa. Jakiego k#%$^a kodu??? O.O Okazało się, że to kod pocztowy nabywcy - całe szczęście byłam już w posiadaniu wszystkich danych Bertranda. Jeszcze parę minut wyjaśniania o co chodzi, mojego rwania włosów z głowy i niemego rzucania przekleństwami w tle (sama bym tego nie załatwiła - Amerykanka nie była nawet w stanie zrozumieć mojego literowania numeru paszportu...) i udało się zmienić numer na paszport. 35 minut. Wreszcie mogłam choć trochę odsapnąć. Kolejne trzy dni nerwowego oczekiwania, czy przypadkiem wcześniejsze agencje nie zdecydują się jednak na pobranie kasy, oraz czy ostatnia też nie wymyśli może jakiegoś sposobu weryfikacji i hurra, w środę w nocy kasa zniknęła z konta. Summa summarum zapłaciłam 675E, bo dodali jakieś opłaty za operację międzynarodową coś tam coś tam. Nieważne. Najważniejsze, że wreszcie mam bilety.
Teraz czeka mnie jeszcze załatwianie wizy i noclegów. Mam nadzieję, że kami-sama się zlituje i oszczędzi mi kolejnych stresów.
Plan wycieczki: 2/08-5/08 Shanghai 5/08 Suzhou 5-7 Nanjing 8-11 Hong Kong 12-13 Shenzhen 13-14 Guangzhou 15-20 Guilin+Yangshuo 21-22 Zhengzhou 23 Luoyang 24-27 Xi'an 28/08-2/09 Pekin
Korea jest brudna, hałaśliwa, zaśmiecona i chaotyczna. Ale żyje. I to jak! :D Ludzie śmieją się na ulicy, podjadają orzeszki w metrze, większość dziewczyn chodzi w tenisówkach, a jeśli gdziekolwiek zbierze się grupa ludzi, obowiązkowo po chwili pojawia się koło nich jakieś smakowite jedzenie i butelki soju. Po wysztywnionej, klinicznie czystej i poprawnej Japonii początkowo nie mogliśmy się przestawić na to, że podobnie wyglądający ludzie zachowują się diametralnie inaczej, a miasto niby wygląda podobnie, ale panuje w nim zupełnie inna atmosfera, ale szybko pokochaliśmy ten otaczający nas rozrechotany bałagan. Z Koreą i Japonią jest podobnie jak z Niemcami i Polską. Niby podobne kraje, ale jak tylko przekroczy się granicę zaczyna się inny świat. Postaram się jakoś podsumować nasz pełen wrażeń, dwutygodniowy wyjazd. W tym odcinku wrażenia ogólne, w kolejnym skrócony opis przygód ^^
Dwa dni zajęło nam uświadomienie sobie, dlaczego atmosfera w metrze jest inna: właściwie nie ma w nim salarymanów!!! W wagonie było zazwyczaj ze dwóch, trzech facetów w garniturze, reszta pasażerów była ubrana na sportowo: goretexy, spodnie dresowe, adidasy, czasem prochowiec. Niezależnie od wieku: od studentów, poprzez matki z dziećmi, po staruszków. I o dziwo wszyscy wyglądali w tych bluzach bardzo dobrze! A na pewno o wiele naturalniej niż wiecznie odpicowani i eleganccy Japończycy. Z przyjemnością patrzyliśmy również na normalnie chodzące dziewczyny, najczęściej noszące tenisówki, ale dobrze radzące sobie również ze szpilkami. Wszystkie japońskie fashion victim powinny jeździć do Korei jak do sanatorium i przez dwa tygodnie nosić się jak miejscowi ;] Jak widzieliście na zdjęciach w dresach chodzą wszyscy od starszych pań sprzedających na straganach, po właścicieli knajp. Tylko pracownicy salonów z komórkami chodzili w garniturach. No i wiadomo, byznesmani.
***
Koreańczycy kochają jedzenie. Do tego stopnia, że najpopularniejszym powitaniem jest Jadłeś już? :D Wszyscy coś podgryzają, ciamkają, w powietrzu unosi się zapach jedzenia, na porządku dziennym jest też dziwny zapaszek w metrze (zależny zapewne od tego, co ludzie przewożą w siatkach z targu, albo gdzie akurat byli na lunchu ;) ). Jak już pisałam pod zdjęciami, wiąże się to z tym, że jedzenie jest a) przepyszne, b) tanie, c) jest go dużo (zwłaszcza w porównaniu z maciupeńkimi porcjami w Japonii). Jak już widzieliście, właściwie nie da się tylko napić - zawsze dostaje się spory zestaw przystawek lub trzeba zamówić jakieś danie do picia ;) Jakże wspaniale było sobie chodzić po ulicy i szamać dopiero co kupionego hottaka, wiedząc, że za parę metrów będzie można kupić inny smakołyk, a przede wszystkim nie martwiąc się, że ludzie będą się patrzyć z politowaniem, lub co gorsze z oburzeniem ;) Żeby było zabawniej wszystko tam ma wyliczone kalorie :D Od napojów w kawiarniach, po informację, ile kalorii spali się na danym szlaku ;)
***
Brak kombini, starbucksów oraz salonów pachinko co kilkanaście kroków powodował w nas malutki niepokój, nie sądziłam, że aż tak mi będzie brakować tych budynków w obrazie miasta :P
***
Koreańczycy jeżdżą jak szaleni. Oczywiście Chińczyków nikt nie przebije, ale to co się działo czasem na ulicach było mocno szokujące. Na porządku dziennym jest na przykład przejeżdżanie na czerwonym świetle przez skrzyżowanie jeśli nic nie jedzie z boku ;) Luźne stosowanie się do przepisów drogowych nie dotyczy tylko kierowców indywidualnych, raz autobus, którym jechaliśmy zawrócił znienacka na podwójnej linii XD Całe szczęście ruch na Jeju nie był tak duży, a w mieście było trzy pasy w jedną stronę to specjalnie się nie stresowałam prowadzeniem. No i fajnie było wiedzieć, że jak będę coś robić źle to zaraz zaczną na mnie trąbić i drugi raz nie zrobię takiego samego błędu :P
Ciąg dalszy opisu imprezy, ponieważ wydawałoby się normalne wyjście do klubu przerodziło się w Wydarzenie, które będziemy tu wspominać jeszcze przez miesiące, więc na gorąco zdaję relację ;) Niestety, słowa oczywiście nie oddadzą atmosfery wtorkowej nocy, także zdaję sobie sprawę, że mój niezborny opis może się spotkać ze zdziwieniem Ale właściwie czym tu się zachwycać? ;)
Całe wyjście zaczęło się od nowej trasy, którą poprowadził nas Karol ;] Ja zawsze jeżdżę przez miasto koło Kyudaja, ale tym razem pojechaliśmy podobno krótszą i łatwiejszą drogą biegnącą pod autostradą. Well... ;] Droga może faktycznie była krótsza, ale chodnik był nieoświetlony, a zdarzały się nawet odcinki specjalne bez oświetlenia i jeszcze slalomowe XD Do tego musieliśmy się wspiąć na dwa mosty (w wyniku czego stwierdziłyśmy z dziewczynami, że nie wracamy tą drogą, bo przy zjeździe z górki na pewno będą ofiary), a na końcu wylądowaliśmy w Hakacie a nie Tenjinie XDXDXD Ale niedaleko miejsca, które znałam z wypadu z Aśką, także dotarliśmy jakoś do centrum i po nieznacznym zboczeniu z trasy (na ulicy z Fubarem byłam, ale wspomnienia były lekko zamglone :P ) dotarliśmy wreszcie na miejsce. W środku pierwsze zaskoczenie: rozmiar - wiem z opisów, że w środku odbywają się imprezy na 400-500, ale nie mogę w to uwierzyć, ponieważ Fubar składa się z miejsca przy barze oraz miejsca do tańczenia i dwóch kanap XDXDXD Byliśmy na miejscu koło 21:30 i oprócz nas było jeszcze kilka osób plus barman :P Wykorzystałam tę okazję, żeby z nim porozmawiać, bo w końcu od miesiąca znamy się z fejsa :P Faktycznie strasznie sympatyczny facio - powiedział, że impreza rozkręci się koło 23. Wzruszyliśmy ramionami i zamówiliśmy drinki, bo w końcu po to przyjechaliśmy ;] Zestaw na nomihodaj był inny od zwyczajowego japońskiego: głównie słodkie drinki z tequili, whiskey, albo rumu, ale co tam, odmiana zawsze mile widziana, mimo że z moich ulubionych japońskich owocowych alkoholi było tylko umeshu. Drinki sprawiały wrażenie jakby miały po 2%, ale oczywiście tylko pozornie ;) W okolicy 1 wszyscy byli już porządnie rozbawieni, poza Rosjanką, która źle się poczuła i pojechała do kolegi. Nikogo nie uprzedziła, więc w pewnym momencie poszłam jej szukać na dole, wdałam się w windzie w jakąś dziwaczną rozmowę z Japonkami, a skończyłyśmy na próbach odczytania graffiti na ścianie XDXDXD Algierczyk zrobił sobie tatuaż z henny, którego bardzo żałował dnia następnego XD natomiast Karol zaczął pić przy barze z Japończykami. Słuchajcie, rzecz niebywała - Karol miał większe powodzenie niż ja i Ola - a raczej TYLKO jego zagadywali a nas nie o.O Nie jestem przyzwyczajona do czegoś takiego :P Anyway, efekt był taki, że Karol w ciągu pół godziny doprowadził się do takiego stanu, że powrót do akademika przeszedł do historii XDXDXD
Relacja wideo z pierwszych metrów po wyjściu z Fubara XD
Nie wiem, czy bawi Was to tak samo jak nas, ale jak zobaczyliśmy to wideo na następny dzień to śmiechawa była przy każdej kolejnej powtórce XD Najbardziej mi się podoba jak on tak powoluuuutku upada XD A potem jak ja wrzeszcząc pomyyyyykam, żeby go łapać :P
Powrót z Tenjinu zajął nam ze dwa razy więcej czasu niż normalnie i odbywał się pod hasłem "JEDŹ, KAROL, JEDŹ!!! PROSTO! ZA OLĄ!!! PO-WO-LUT-KU", ponieważ nasz kolega na zmianę wpadał w stupor i nie chciał jechać tylko za Olą, ale też za mną lub jechał za szybko i kończyło się to wjazdem na ulicę (ta gorsza wersja), wjazdem w coś lub upadkiem XD Ola z przodu wydawała odpowiednie rozkazy, ja jej pomagałam oraz przepraszałam najmocniej jak mogłam ludzi, którzy nas mijali (wykazywali się wielkim zrozumieniem i najczęściej byli rozbawieni), a ubawiony całą sytuacją Algierczyk stawiał Karola na nogi :D I tak co kilkadziesiąt metrów XD Klu programu był wjazd w łańcuch rozstawiony między słupkami odgradzającymi roboty drogowe (chodnikowe) XD Jeden z robotników rzucił się naprawiać łańcuch, Karol coś tam do niego mamrotał, a ja tylko stałam obok i przepraszałam Sumimasen! Gomennasai!
Byliśmy strasznie dumni z siebie jak już doprowadziliśmy Karola do jego pokoju ^__^
Algierczykowi spodobały się najwidoczniej polskie przygody, ponieważ następnego popołudnia przyłączył się do wyprawy na wyspę Shikanoshima, organizowanej przez... Karola XD A, i doskonale pamiętał JEDŹ, JEDŹ tyle że zapisał to na fejsie jako YEJ, YEJ :D
==
Jak okazało się o 14 następnego dnia, Karol jednak nie pojechał na fiestę balonową ;] (po prawdzie nie było czego żałować - oglądałam zdjęcia Azjatek i nuudy - masa ludzi i oglądanie tylko z daleka, phi). Zadzwonił za to, żeby zaprosić na wypad na Shikanoshimę - najbliższą wyspę. Zbiórkę ustalił na 16, żeby wszyscy zdołali się zwlec z łóżek ;) Ja akurat pochłaniałam wtedy bakłażana w sosie pomidorowym z tofu, więc nie popatrzyłam nawet na mapę - byłam pewna, że skoro wyjazd jest o 16, a wiadomo, że ciemno robi się tu po 17:30 to na pewno nie może to być daleko, pewnie gdzieś za naszą plażą. Och, jakże się myliłam XD Powinno mi coś w głowie zaświtać jak Ola pytała czy to na pewno jest tak blisko jak mówił Karol, ale on był pewny siebie, więc wzruszyliśmy ramionami i wyruszyliśmy. Po drodze głównie wspominaliśmy poprzedni wieczór i zbieraliśmy wydarzenia do kupy (najbardziej zdziwiony był Karol, który pamiętał z powrotu jedynie upadki XDXDXD ). Pokluczyliśmy trochę po okolicy, ale w końcu wjechaliśmy na właściwą drogę. Po godzinie zaczęło się zmierzchać, a my jechaliśmy wąską ścieżką między torami i korkiem, a za torami widać było wydmy z drzewami, co kazało przypuszczać, że za nimi jest morze, ale te zagrodzone tory... :/ Po półtora godziny zajechaliśmy przed zamkniętą bramę parku nadmorskiego, a Shikanoshima była za mostem, który majaczył na horyzoncie ;];];] Rosjanka była już tak wkurzona, że jeśli ktokolwiek kazałby jej jechać dalej niechybnie dostałby plaskacza. Postanowiliśmy zatem wracać pociągiem skoro i tak staliśmy przed dworcem. Ale czy można??? Zapytałam pań stojących nieopodal. Odpowiedź składała się ze zlepka typowych rozbudowanych wyrażeń, które oznaczają Nie wiem ;) Panie doradziły, żeby zapytać prowadzącego pociąg. Aha, a potem wszyscy kurcgalopkiem popędzimy do maszyny z biletami, a pociągowy grzecznie poczeka aż automat wszystkim wyda resztę. Nikogo nie pytamy, wsiadamy. I tak trochę zajęło nam ładowanie się do pociągu - jestem pewna, że opóźniło to pociąg przynajmniej o pół minuty, a może nawet o całą JEDNĄ - ach, ależ ona będzie paskudnie wyglądać w zestawieniu rocznym JR. Zajechaliśmy na dworzec w Kashii bez większych problemów, ale na miejscu okazało się, że dworzec nie jest jednopoziomowy a trój- :P Wyjście prowadziło przez A. pawilon handlowy B. malutką windę ;] Naszą obecnością doprowadziliśmy do wielkiej konsternacji panią przy bramkach biletowych, ale po 5 minutach przepraszania nas, że musimy czekać, aż ona znajdzie jakieś wyjście (nie wiem o co chodziło, sami jakoś byśmy sobie poradzili) i naszemu nieustannemu ubawieniu, podzieliliśmy się w końcu na dwie grupy A i B żartując jeszcze, że pani przez te 5 minut wzywała naszego opiekuna z Kyudaja, który na pewno czeka przed wejściem z policją :P:P:P Nie czekał ;) Ach, ostatni raz taka dwudniowa śmiechawa była chyba na daczy ;) Z tymże w tym przypadku również powrót do domu był całkiem wesoły, podobnie jak kolejny dzień ^^
Zaraz się zabiorę za zdjęcia z wypraw (ogłaszam otwarcie nowego folderu Imprezy i inne przygody, ponieważ niektóre wypady nie mieszczą się w sztywnych ramach dzielnic ;) ).
(posta piszę już z miesiąc, bo zaczęłam wstępnie jeszcze w Chinach, ale jak dłużej poczekam z publikowaniem to w ogóle się nie pojawi, więc nie bawię się w edytowanie tylko wklejam tak, jak go pisałam: jako zbiór luźnych impresji. Niemalże jak japońskie zuihitsu :P).
Podziękowania dla mojego nieustannego motywatora slash mękoły ;)
W miastach może mniej, ale na prowincji wyraźnie widać komunistyczną biedę, niestety. Trochę jak u nas 30 lat temu, ale tutaj ludzie są naprawdę przyjaźni. Jak w Polszy ekspedientka rzucała "czego?" albo kelner się oburzał na obcokrajowców, że nie znają polskiego i nie rozumieją co do nich wykrzykuje, tak tutaj zdecydowanie bardzo chcą się porozumieć. Raz miałam przezabawną sytuację w recepcji kiedy przyszłam o coś zapytać i zleciało się pięć osób, żeby ze mną pogadać XD W końcu w kupie raźniej, kupy nic nie ruszy ;] Ale nawet jak są bogatsi to to przyjazne nastawienie im zostaje. Przynajmniej niektórym ;) Boss z Tianjin na obiedzie bardzo przyjaźnie mnie zagadywał i tłumaczył różne rzeczy. Nic z bufonady, którą bardzo często powodują wielkie pieniądze. A najbardziej mnie rozwaliło jak wysłał po nas samochód, który zawiózł nas do restauracji oddalonej 5 minut piechotą XD Chińczycy bardzo dużo rozmawiają też ze sobą. W restauracjach jest zawsze szum, jeśli nie hałas. Podobnie na ulicy. Wydają się spędzać ze sobą więcej czasu niż ludzie na zachodzie. Normalne jest też jedzenie poza domem, co również sprzyja spotkaniom. Ja się stołowałam w bardziej burżujskich restauracjach, ale małych sklepików z naprawdę tanim jedzeniem jest również mnóstwo. Jedyne co ciężko mi było znieść to zachowanie się przy stole. To na pewno pozostałość po komunizmie, który wytępił wszelkie przejawy dobrych manier: resztki jedzenia rzucasz na stół, albo pod siebie. Skorupki małży, pancerzyki krewetek (które Chińczycy zjadają w całości!!! Zostawiają tylko główkę i ogon o.O Ja się tyle mordowałam, żeby się dostać do środka, a to takie proste, nie trzeba robić sekcji :P Ot, snack ;] ), łupinki orzechów... Raz dostaliśmy słonecznik w misce, bez naczynia na łupki. Trzeba je było odkładać na jednorazową folię rozłożoną na stole.
***
A propos sprzątania. Różne przejawy widzieliście na zdjęciach, ale jeszcze o trzech przypadkach bardziej opisowo. Kupiłam sobie trochę miejscowych orzechów (zupełnie inne niż u nas! nawet ziemne miały aromatyczny, słodki smak...) i siadłam na chodniku podczas gdy szefo poszedł znowu do fryzjera (tak, po raz drugi, tuż przed odlotem. Tak, znowu żałował ;] ) i wkładałam łupinki grzecznie do foliowego woreczka. Oczywiście po jedzeniu chwyciłam woreczek ze złej strony i wszystko się wysypało :P:P:P Pozbierałam co się dało do rąk i odniosłam do kosza oddalonego o kilka metrów. Kiedy się odwróciłam pani sprzątaczka już profesjonalnie zagarniała resztę do szufelki O.O Skąd się tam wzięła - nie wiem. Chyba czaiła się w mroku tylko czekając na robotę o.O Drugi ciekawy przypadek: wylądowaliśmy raz z szefem na winie ryżowym w parku pod pagodą feniksa. Cisza, spokój, ciepło. W pewnym momencie pojawił się facet z latarką i zaczął łazić po okolicy. Ale nie w poszukiwaniu amatorów procentów a śmieci!!! Pokażcie mi polskiego stróża, który gania z latarką po parku wyszukując petów... Pani przydzielona do części ulicy Południowego Song czyściła marmury przed moim hotelem nawet kiedy padał DESZCZ.
***
Chinki mają absolutnie potworny sposób chodzenia :/:/:/ Takie człapanie połączone z krzywym stawianiem stóp. I dopóki mają płaską podeszwę jest to znośne, ale one się upierają przy szpilkach. Potwornie to wygląda. Ogólnie w Chinach bardzo podnosi się poczucie własnej wartości, bo choćby nie wiem jak się człowiek starał, ZAWSZE znajdzie się ktoś brzydszy, gorzej umalowany, czy fatalniej ubrany. Chinki nie są ładne, naprawdę. Zdarzają się nieliczne wyjątki, ale to jest max. kilka procent (w ciągu całego pobytu widziałam DWIE dziewczyny, które ładnie szły w szpilkach). Panowie co innego - co się napatrzyłam to moje ^__^v Ja też mam swoje pięć minut sławy XD O spacerze na promenadzie już pisałam, ale paru Chińczyków chciało też sobie ze mną zrobić zdjęcie XDXDXD Well, czemu nie? :P
***
Wskazówki dotyczące zwiedzania: zapomnijcie o skali na mapie. Nie ma szans, żeby ustalić na zaś jak długa będzie trasa, bo nie wiadomo czy przecznice oddalone od siebie o centymetr w rzeczywistości są oddalone o 30m czy 300m. A jak już się coś ustali empirycznie to wcale nie znaczy, że na kolejnej mapie będzie tak samo - nawet w tym samym atlasie miasta (Pekin jest ogromniasty, więc bardziej szczegółowe mapy wydawane są w formie atlasu). Zapomnijcie też o słowach-kluczach rozumianych na całym świecie. O nie, nie w Chinach. Tutaj zginiecie bez znajomości chińskich ekwiwalentów słówek typu hotel, internet, menu.
***
KJO powiedział, że te plastikowe, ciężkie zasłony to ze względów higienicznych. Mają chronić przed H1N1 i innymi mikrobami. Nie mam pojęcia w jaki sposób tłusty, brudny plastik ma pomagać w utrzymaniu higieny, ale z buldożerem chińskiej logiki się nie dyskutuje. Słyszę również głosy, że to ze względu na klimatyzację - żeby ciepłe powietrze nie wchodziło, a zimne nie uciekało. Ta interpretacja mnie bardziej przekonuje, ale fakt jest taki, że te zasłony są obrzydliwe.
***
Przechodzenie przez jezdnię to jeden z tych fascynujących aspektów panującego naokoło chaosu: porzuciłam wszelkie próby logicznego zrozumienia zasad pierwszeństwa i robiłam to, co miejscowi: nieważne jakie jest światło - jeśli nic nie jedzie w twoją stronę to idź do przodu ;] Ogólnie zielone światło dla pieszych oznacza tyle, że można przechodzić z trochę większą pewnością. Ale i tak najpierw wpychać się będą samochody, które skręcają w bok (bo one zawsze jadą pierwsze). A nawet jeśli nie widać na horyzoncie samochodu i tak zawsze można być przejechanym przez rikszę albo pędzący rower elektryczny. Także jedyny sposób to iść w miarę pewnie do przodu i przemieszczać się między samochodami :P Jedno jest pewne: przejście przez jezdnię jest najlepszą możliwą pobudką poranną ;]
***
Jedzenie: zdjęcia widzieliście, ale tak z uwag ogólnych: to, że jest absolutnie pyszne i już bardzo za nim tęsknię to chyba oczywiste :P to, że jest niesamowicie bogate w smaki, składniki, sposób przyrządzania w zależności od regionu - raczej też. To, co mnie natomiast zdumiało to jego niska kaloryczność, mimo że spora część jest głęboko smażona. To chyba dzięki doborowi składników, bo mimo że jadłam mięso praktycznie codziennie nie miałam poczucia zapchania jak po mięsie w Polsce. Ogólnie zaczynałam być głodna po 6 godzinach od obfitego posiłku. To podobno normalne u większości osób, ale ja zazwyczaj spokojnie funkcjonuję 8 godzin na jakimś lekkim byle czym ;) W Chinach ilościowo jadłam ze trzy razy więcej niż w Polsce i nie przytyłam! A nawet chyba schudłam... Dla mnie jest to absolutnie fenomenalna właściwość chińskiej kuchni.
***
W Chinach wszystkie opakowania są grube i porządne. Żadnych rozdzierających się wieczek od jogurtów tylko wysokiej jakości gruba folia ;) Japoniści, miałam też okazję doświadczyć puszek, o których bajał starszy wykładowca ;) Kupiłam sobie napój mleczny i skończył się on zupełnie niespodziewanie XD Puszka była z tak grubego aluminium (?), że po ciężarze byłam pewna, że została jeszcze przynajmniej 1/3 objętości XD
Koniec, więcej nie pamiętam :P A raczej pamiętam, ale nie mam zielonego pojęcia co już napisałam. Jak będzie mi się w najbliższym czasie chciało zajrzeć do wcześniejszych postów i przy okazji zauważę, że nie podzieliłam się z jakimś spostrzeżeniem to nadrobię zaległości. A tymczasem kończę chińską przygodę i dziękuję za wspólną podróż ;)
Z góry przepraszam, jeśli będę się powtarzać - przestaję powoli kontrolować co mam tylko w notatkach, co na blogu a co na picasie :P
Po miesiącu spędzonym w tym kraju, w trzech większych miastach i jednym obszarze industrialnym niniejszym przedstawiam swoje spostrzeżenia ;)
Chiny są chaotyczne: najbardziej widać to w ruchu ulicznym, ale także w braku dobrego systemu informacji, nieistniejących przepisach bhp i ogólnego porządku publicznego. To na początku najpierw przeraża, potem męczy, ale z czasem, jeśli tylko człowiek się do tego przyzwyczai, zaczyna to doceniać ;) Tam, gdzie trzeba produkować i pędzić z planem - tam się haruje, a tam gdzie nie trzeba się spinać - tam jest wolna amerykanka ;) I to naprawdę bardzo dobrze się sprawdza - po co wszystko porządkować, stawiać zakazy, ograniczenia? Dajcie ludziom żyć. Na początku bardzo tęskniłam za japońskim ładem, ale po jakimś czasie bardzo mi się spodobała wolność zwiedzania muzeów, przechodzenia przez ulicę i ogólnie tego, że naprawdę bardzo dużo można robić po swojemu. Myślę, że gdybym tylko umiała lepiej język naprawdę fajnie by mi się tu mieszkało. Przez jakiś czas, oczywiście, bo kraj ma też i swoje wady ;)
Ogólne wrażenie, jeśli chodzi o Chińczyków jest takie, że to bardzo przyjaźni, uczciwi i pomocni ludzie. Owszem, trzeba się omęczyc przy targowaniu (zwłaszcza obcokrajowiec), ale tak tu się po prostu kupuje. Jak tylko transakcja się skończy, sprzedawca przechodzi z trybu bojowego na bardziej przyjacielski. Kradzieże raczej się nie zdarzają, no chyba, że wyjątkowo prowokuje się kieszonkowców. Ale przeciętny człowiek jest naprawdę uczciwy i będzie się starał pomóc, nawet jeśli nie może się dogadać ;) Tylko w Tianjin szefo zabulił za paczkę papierosów 100y (=40zł) - ale one normalnie kosztują 50, więc aż takie naciągactwo to nie było. Jednak biorąc pod uwagę, że talerz pierogów kosztował 25y to cena była zawrotna ;) Ale oni bardzo szybko zaczynają traktować nawet obcokrajowca jak kogoś miejscowego. Wystarczyło, że do jednej knajpy przyszliśmy 2-3 razy i potem za każdym razem witały nas serdeczne uśmiechy. Nie takie cyniczne, że przyszli i znowu zostawią sporo kasy tylko radości, że do nich wróciliśmy. Dlatego myślę, że także targowanie po jakimś czasie byłoby dużo łatwiejsze, bo cena wyjściowa nawet dla blondyny byłaby taka sama jak dla miejscowych. Bardzo mi się podobała ta ich otwartość, bo w Japonii choćby człowiek żył tam 15 lat dalej będzie obcy. A w Hangzhou? Po tygodniu zaczęłam się czuć naprawdę swojsko. Chińczycy są też bardzo uczciwi, co ratuje mojego szefa, który co chwila gdzieś coś zostawia, łazi do barów ze sporą kasą poupychaną po kieszeniach - u nas już dawno wyszedł by z tych barów bez kasy. A tu nic, i jeszcze czasami sprzedawcy wylatują za nami ze sklepów, że zostawiliśmy jakieś siatki ;) Ogólnie w Chinach czułam się najbezpieczniej ze wszystkich krajów, w jakich byłam do tej pory. Tylko z szeroko rozumianą kulturą osobistą jest różnie... Po pierwsze, wszyscy charkają i plują na chodnik, do rabatek, za okno samochodu o.O I to zarówno mężczyźni jak i kobiety, równie głośno. Nie wiem, czy się do tego przyzwyczaję. I nie chodzi tu nawet o samo splunięcie tylko ten niespodziewany, nieprzyjemny odgłos charknięcia, który atakuje człowieka bez ostrzeżenia np. tuż za plecami. Po drugie wszyscy są bardzo głośni a w połączeniu z ilością tworzy to niesamowity hałas :/ Och, z jaką nostalgią wspominam teraz cichutkie japońskie pociągi, w których każdy drzemał sobie albo był podłączony do własnego playera, a w wagonach obowiązywał zakaz rozmów przez komórkę. Tutaj nic z tych rzeczy: co chwilę jakiś facet wrzeszczy przez komórkę, bo mu zasięg pada, starsze babcie o coś się kłócą a ktoś słucha głośno muzyki. Ogólnie: jeden wielki tumult. (choć muszę przyznać, że w Hangzhou już tak bardzo nie dokuczał. Dużo łatwiej było ignorować to miłe "dzydzydzy" niż pekińskie gardłowe "ererer" ). Krzysztof powiedział, że pan który nas rozepchnął w metrze był baardzo uprzejmy, bo zanim to zrobił poinformował nas "przechodzę" ;) Zapomnijcie o "przepraszam", "qing wen" mówią tylko obcokrajowcy. Po trzecie, wszyscy się pchają: samochody na ulicy, ludzie czekający na autobus... zapomnijcie o tym, że kobiety będą czekać cierpliwie nawet w kolejce do toalety! Nieee, tu każdy chce być pierwszy wszędzie i będzie się rozpychał choćby łokciami.
Zazwyczaj jestem w stanie powiedzieć po chińsku o co mi chodzi: chcę dojechać na dworzec, gdzie jest przystanek, czy daleko jest do... itd. I niestety w odpowiedzi słyszę potok słów -_-" Pytam jeszcze raz już tylko jednym słowem z pytajnikiem i znów to samo... Najczęściej w tym momencie wyjmuję karteczkę i mówię, żeby mi to napisali albo rzucam coś od siebie i jakoś to idzie. Choć muszę tu jednocześnie przyznać, że oni tego nie robią złośliwie i zagadują bardzo serdecznie. Gadają tak dużo, bo zazwyczaj są zatroskani i chcą się dopytać, a niestety nie znają innego języka. I chociaż straszliwie frustrowało mnie to, że jak już nauczyłam się dogadywać ze sprzedawcami w Pekinie to w Hangzhou już mnie nie rozumieli (to poniekąd odpowiedź na pytanie, czy nauczyłam się coś więcej chińskiego. Nie. Po jakimś czasie po prostu traci się wiarę w sens) to jednak widać było, że też się starają.
Tylko w taksówkach była tragedia... Wsiadałam z mapą, mówiłam nazwę ulicy, pokazywałam znaki na mapie, a bardzo często taksówkarz musiał dumać nad mapą jeszcze z minutę i nawet jak kiwnął głową to nie miałam pewności, czy dobrze zrozumiał. A ja jeździłam do naprawdę znanych miejsc: muzeów czy świątyń... (no dobra, z muzeami był największy problem :P Ale to, że Chińczycy tam rzadko jeżdżą niczego nie usprawiedliwia - przecież nie ma tych atrakcji turystycznych tak dużo... nie mają egzaminów ze znajomości miasta czy co?) Ciekawa jestem jak sobie radzą tubylcy... Mówią gdzie chcą dojechać, a potem pokazują drogę ręką cały czas?
(post moooocno zaległy, ale zawsze domagaliście się czego innego, a w samym Tianjin miałam różne zawirowania i nie zdążyłam napisać czegokolwiek na bieżąco, więc teraz już z lekkim opóźnieniem i z perspektywy, ale może coś uda mi się sklecić i nie powtórzyć się za bardzo z picasą).
Zanim dotarłam do Tianjin trzeba było pokonać kilka przeszkód. Po pierwsze wymeldować się z hotelu, co wiązało się z okazaniem dowodu depozytu. Szefo nie dość, że przydreptał do recepcji z 20minutowym opóźnieniem, to jeszcze beztrosko nie miał przygotowanej karteczki, bo i po co... >.> Minuty leciały, czas odlotu się zbliżał, a on szperał w swojej przepastnej torbie. W końcu się udało i wsiedliśmy w taryfę, a ja tylko się modliłam, żebyśmy zajechali na lotnisko w max. pół godziny. I całe szczęście tak się stało, choć do końca nie byłam pewna, czy na pewno się uda, bo przed lotniskiem (ogromnym, co mniej więcej widać na zdjęciach) taksówkarz zaskoczył nas pytaniem, z którego terminalu lecimy o.O Dżizaz, nie mam zielonego pojęcia. No ale powiedziałam, że do Hangzhou, więc sam zdecydował, a po wejściu na halę okazało się, że jednak dokonał właściwego wyboru, uff... Taksówką jechaliśmy pół godziny, z prędkością około 100km/h, więc przejechaliśmy jakieś 50km. I za ten kurs zapłaciliśmy 50zł o.O o.O o.O Na lotnisku bardzo miłe zaskoczenie - darmowy bezprzewodowy internet ^_____^ Niestety, zdążyłam tylko napisać dwa króciutkie maile i trzeba było wsiadać do samolotu :/ Instrukcje przed odlotem są załatwiane w AirChina ekspresowo - stewardessy chodzą (choć mogłyby nie... strasznie pokracznie to robią... >.> ), zamykają szafki a na ekranach lecą instrukcje: najpierw po chińsku, również dla głuchoniemych, a potem po francusku z napisami angielskimi. Samolot rusza, nikt nawet nie sprawdza, czy pasażerowie mają zapięte pasy - jak zwykle w Chinach, zakłada się, że człowiek zadba o samego siebie ;]
Potem wszystko już było wielkie i z rozmachem: lotnisko, drogi, dworce i na końcu - fabryki. Ale zanim dotarła do mnie szara, fabryczna rzeczywistość, przeżyłam inny szok: w hotelu nikt nie mówił po angielsku (czasem zdarzyło się, że jakiś kierownik znał pięć słów,) a w pokoju nie było neta! To znaczy był, ale jeno w gniazdku, a ja byłam bez kabelka... No nie przyszłoby mi do mojej technologicznej głowy, że powinnam zapakować kabel ethernetowy o.O Dla mnie internet śmiga już sobie w powietrzu :P Całe szczęście okazało się, że trzeba tylko dodatkowo za niego zapłacić, ale co się musiałam ogestykulować... Jeśli wydaje Wam się, że cały świat zna słowo internet to się mylicie ;] Po chińsku to jest 网上 ;];];] Za to jak pięknie działała chińska machina urzędnicza: w recepcji obsługiwały nas trzy osoby - kierownik, który brał od nas paszporty i pieniądze oraz dwie dziewuszki, którym wydawał rozkazy ;] Ale za to jak pięknie! Normalnie ruchy rąk miał jak baletnica... Wieczorem szybko zwiedziłam kompleks przy jeziorze i tyle było tego dobrego :/ Przejażdżka rikszą uświadomiła mi, jak bardzo jestem pośrodku niczego :( Prysnęły wyobrażenia o wyjściu do sklepu, a nawet, co za szaleństwo!, może do kina po pracy... Zamiast tego dostałam przygnębiające otoczenie w drodze do pracy, pokój bez okien, tylko ze sztucznym światłem, w fabryce, słońce wiecznie zakryte smogiem oraz "centrum handlowe" oddalone 15 minut taksówką w socjalistycznym, brudnym stylu. Uch, po trzech dniach zaczęła mnie dopadać depresja, a co dopiero po trzech miesiącach? :/:/:/ No i okazało się, że nie mieszkam w Tianjin (bo jeśli o nie chodzi to co nieco widziałam i na takie coś się przygotowałam) tylko jakieś 50km od niego. Do tego w pobliżu właściwie nie było ludzi... Poważnie. Tyle było fabryk naokoło, a ja nie widziałam żadnego człowieka, o różnych porach dnia... Tylko puste ulice... Wierzyć mi się nie chce, że fabryki nie działały, więc co? Pracownicy cały dzień siedzieli w obrębie zakładu...? Wokół wiało komunistyczną biedą, brudem, pędem za kasą, bez oglądania się na nic... Okropne to było. I w tym wszystkim ratowali mnie tylko bardzo mili ludzie. Bo choć niemoc dogadania się była mocno frustrująca to wszyscy byli bardzo życzliwi. A po tym jak rikszarz zabrał nas z biednej, ciemnej dzielnicy, zamknął w metalowej rikszy i zamiast zawieźć do jakiejś meliny i obrabować, dowiózł nas na miejsce i jeszcze wziął za to standardowe 6y (2.5zł) przekonałam się, że to wbrew pozorom bezpieczny kraj.
Całe szczęście choć w robocie mi się zaczęło wszystko normować i dowiedziałam się wreszcie konkretnie co będę robić. A jak już przyjechała Chinka, która mówi po chińsku to zrobiło się całkiem przyjemnie. I jestem bardzo wdzięczna, że zaproponowała przeniesienie się do jej biura w Hangzhou ^___^
Pobyt w Tianjin miał dwie zalety: całkiem przyjemny widok przy wyjściu z hotelu oraz genialny internet: 4zł/dzień a średnia prędkość wynosiła jakieś 500-600 kilo... Jednak bez żalu się z nim pożegnałam ;)
Wybraliśmy się wczoraj na zakupy. Ja - żeby może kupić sobie jakieś krótkie spodenki, bo w Pekinie nie zdążyłam, no i co mi jeszcze w oko wpadnie, a szefo - po koszulki, skarpetki i sandały :P
Pojechaliśmy do czegoś przypominającego budynek przed zoo - tylko że tutaj był to cały kompleks o.O Ze cztery albo pięć paropiętrowych budynków. Kilometry alejek, tysiące stanowisk. I wydawać by się mogło, że wyjdziemy z siatami zakupów. A tu dupa. W Pekinie w sklepie panował chaos - setki ludzi przetaczało się wąskimi alejkami, co krok ktoś się głośno targował, ale ogólnie całość była ładnie podzielona: na jednym piętrze buty i spodnie, na innym moda damska itd. Zapomnijcie o czymś takim w Hangzhou. Wszystko jest na raz i to naprawdę podłej jakości. Cała ta tandeta jest podzielona nie według kategorii tylko według marek o.O Najbardziej durny podział z możliwych, imo. No chyba, że Chińczycy naprawdę odróżniają jedną tandetę od drugiej - jak dla mnie wszystkie szmaty były takie same. No i w efekcie kupiłam tylko jedną spódniczkę (przepłaciłam dwa razy, bo szefo się spieszył na piwo i nie chciał mi dać czasu na targowanie :P ). Wygląda na to, że to koniec shoppingu i przez resztę wyjazdu wydaję kasę na strappu :P Wieczorem chciałam sobie jeszcze kupić tradycyjne "baletki" chińskie, ale niestety nie było mojego rozmiaru :(:(:( Mam stopę o pół centymetra za długą ;( Więc w ramach pocieszenia nabyłam poduszkę-kość :P
A, w sumie dobrze. Targi o ceny są tu naprawdę męczące, zwłaszcza że ja słyszę na wstępie cenę 5 razy wyższą od Chińczyka. Strappu ma przynajmniej jedną, ustaloną, przystępną cenę, więc można robić pamiątkowe zakupy jak w Polszy :P
Zaliczyliśmy też mrożącą krew w żyłach podróż rikszą, ponieważ po shoppingu wybraliśmy się nad jezioro (wylądowaliśmy w zupełnie innym miejscu niż planowaliśmy, bo szefo rozmawiał z panią taksówkarz i trzymał mapę ;] ale well, co mnie to ;] zwiedziłam sobie inną część jeziora niż ostatnio i też było ok ;) ) i nie mogliśmy złapać taksówki, wszystkie były zajęte. Podjechał do nas jeden rikszarz, pokazałam mu mapę z zaznaczonym hotelem, a ten oczywiście zaczął dyskutować. Na drzewo. Masz mapę z wielką kropą i jeszcze mnie tu zalewasz potokiem słów to spadaj. Drugi był bardziej kumaty, więc wyruszyliśmy w szybką podróż po alejkach dla rowerów, między przechodniami, koło autobusów, przemykając jak szybko się dało po skrzyżowaniach... Ach, co za emocje ;] Ten rikszarz nas nie zamknął, bo nie było jak - wszędzie były tylko zasłonki a do kurczowego trzymania została tylko mała rurka z boku XD Mnie tam się podobało :P Zawierzam tym kierowcom - owszem, jeżdżą na milimetry, ale nie widziałam tu jeszcze wypadku.
O, byłabym zapomniała... Przeżyłam również traumatyczną wizytę w damskiej toalecie. Z wybetonowanymi boksami wysokimi na metr, brakiem jakichkolwiek drzwiczek, kanalikiem biegnącym przez wszystkie boksy, wszechobecnym syfem i Chinkami, które nie przejmują się żadną kurtuazją tylko wpychają do kolejki. Uch, tak wyobrażam sobie wojsko i cieszę się, że ominęły mnie takie doświadczenia w większej ilości :P
Kontynuując jeszcze temat procentów ;) Znaleźliśmy driny tuż obok naszego hotelu. W kawiarni ;] Oczywiście na wywieszonym menu ich nie ma, na standzie przed drzwiami też nie, trzeba się dopiero wczytać w menu. Tradycyjnie zamówiłam mojito. Zdecydowanie to w Houhai było lepsze, ale tu też nie żałowali cukru i procentów ;) Z mojito poszło nieźle, więc stwierdziliśmy, że spróbujemy innych. Szefo wziął long island a ja margaritę i... ło matko o.O Ależ nam zapodali mocarzy >.> Zawsze narzekałam, że barmani dodają do drinków za mało alkoholu, ale teraz zrozumiałam, że wiedzą co robią :P No cóż, przynajmniej jeśli chodzi o procenty, chińskie drinki są warte swojej ceny (w Hangzhou niestety nie ma happy hour, więc kosztują koło 45y=18zł), ale walory smakowe... (Tu należy nadmienić, że generalnie nie oszczędzają nie tylko na procentach - kawy też są bardzo dobre i tak mocne jak należy). Przetestowałam już co się dało, zdecydowanie wracam do rozkoszowania się chińską herbatą. Zamówiłam sobie ostatnio do obiadu miejscową West lake i była znakomita. Tutaj wszędzie do obiadu nalewają czarkę z jakąś słabą zieloną herbatą, ale jak się już zamówi konkretną przynoszą najczęściej szklankę z liściami pływającymi w środku. To tyle jeśli chodzi o parzenie w koszyczkach, gliniane kubeczki itd. ;) Herbata jest najpierw bardzo mocna, wręcz gorzka, ale potem kelner co chwilę przychodzi i uzupełnia szklaneczkę wrzątkiem. Ja miałam wczoraj z pięć dolewek i napar miał dalej fantastyczny smak. Myślę, że cały proces picia: najpierw mocnej herbaty, a potem coraz słabszej ma również głęboki sens i zbawienne właściwości dla organizmu. :P A i testowanie kolejnych gatunków herbaty jest dużo przyjemniejsze niż kolejne nieudane niespodzianki z procentami ;)
Miastem jestem absolutnie zachwycona. Tu się po prostu przyjemnie mieszka. Biuro jest 5 minut piechotą od hotelu, wokół mnóstwo zieleni i przede wszystkim widać słońce! Nie macie pojęcia jak fatalnie się człowiek czuje przy tej białej warstwie smogu nad głową :/ Po drugie, tutejszy chiński jest dużo przyjemniejszy do słuchania: nie jest tak krzykliwy z wyraźnymi tonami, i ererer, tylko raczej sobie płynie takim miłym dzdzdz. Miasto jest też dużo niższe i przytulniejsze. Oczywiście, drapacze są, ale ogólnie miasto robi naprawdę sympatyczne wrażenie. Tuż przy biurze jest kombini (sklep całodobowy, już o nim pisałam w poście o Sz), w którym zaraz pierwszego dnia nabyłam onigiri (większa wersja sushi, traktowana jak kanapka) i poczułam się jak w Japonii. Aaaach, jak cudownie ^__^ Radość trochę mi zmalała jak spróbowałam tych onigiri, bo niestety smakowały inaczej (gorzej :P), ale i tak to było taaakie fajne. Kombini za rogiem, yaaay ^__^
Jak już pisałam, mieszkam przy Ulicy Południowego Song, jednej z większych atrakcji turystycznych. W takim układzie przygoda z taksówkarzem sprzed paru dni robi się jeszcze bardziej absurdalna XDXDXD Przeglądam też właśnie atrakcje turystyczne pod kątem weekendu i co? Ten budynek z arabskimi inskrypcjami co go wrzuciłam ostatnio to jeden z najstarszych meczetów w Chinach :P:P:P Ech... tak to jest jak człowiek przyjeżdża na miejsce nieprzygotowany :P
Z kolejnych spostrzeżeń życiowych: kawa, kawa, kawa. Tak potrzebna Europejczykom do rozpoczęcia dnia tutaj traktowana jest zupełnie inaczej. W niektórych hotelach nie podają jej w ogóle, wszędzie jest masa kawiarni, ale otwartych dopiero od 9. Co oznacza, że kawę można dostać tak od 9:30. Za to, uwaga, otwarte są do północy o.O I są wszędzie tam, gdzie Polak spodziewałby się ogródków piwnych. Na przykład nad jeziorem. Wczoraj nie udało nam się znaleźć przy okazji spaceru miejsca, gdzie można by się napić drinka. Za to jak tylko chcesz się na noc napić kawy to proszę bardzo. Zadziwiające przesunięcie czasowe... Kofeina na nich nie działa, czy co? o.O Zresztą Chińczycy cudują nie tylko z kawą... Dziś rano zaszłam do piekarni z croissantami, bo miałam ochotę na coś słodkiego. Nie ma mowy. Tylko na słono. Szynka, żółty ser, bekon... Za to po południu? Co chcecie. Nawet jumbo croissanty ;]
Testuję też różne alkohole z menu w restauracji (o jedzeniu już było niejednokrotnie). Eri miała rację: nici z butelkowanych pamiątek. Piwo jest okropne: ja ogólnie nie przepadam, ale polskie chociaż ma wyrazisty smak. Tutejsze ma średnio 2-3% i jest jakimś rozwodnionym żartem na temat piwa. Oprócz piwa głównymi kategoriami są: biały alkohol, żółty alkohol i czerwony alkohol. Wczoraj spróbowałam żółtego i okazało się, że jest to wino ryżowe. Dużo mocniejsze od piwa, bo w okolicach 16%. Smakuje niestety nie za dobrze - tak samo jak wino ryżowe mojej babuni, które zostaje uznane za nieudane :P Pan, który przyniósł nam butelki był zdumiony, że piwo to dla faceta a napitek ryżowy dla mnie :P I tak co chwilę podchodził zatroskany, czy na pewno wszystko w porządku :P Wczoraj spróbowałam białego alkoholu i chyba bez zaskoczenia: wódka :/ Chociaż nie taka najgorsza, bo z posmakiem. Trochę podobna do tej, którą piliśmy w mongolskiej knajpie tylko tamta była pewnie z 10razy droższa i przez to naprawdę dobra ;) Ja ponieważ testuję, biorę sobie najtańsze pozycje ;) W każdym razie, ta moja smakowała trochę jak śliwowica, ale miała 38% i wyczuwalny "wędzony" posmak. Czerwone alkohole to wina, ale ich już nie będę próbować, przerzucam się na picie herbaty - przynajmniej wiem, że w tym przypadku Chińczycy wiedzą o co kaman ;) Mamy też adres jakiejś dzielnicy z barami, ale kto tam tych Chińczyków wie... Może jednak nie do końca zrozumieli o co pytamy ;] A takie dobre było to mojito za 20y.... :P
Z dnia dzisiejszego: choruję. A jak ja choruję to już porządnie, więc mimo że tylko gardło mnie drapie to łażę przymulona i gorzej u mnie z koncentracją. No ale zwalczam dzielnie mikroby. Wszystko przez klimatyzację, bo na zewnątrz jest bardzo przyjemnie i cieplutko, w okolicach 25C a w biurze mam zimne ręce. Ostatnio jak mnie wieźli samochodem to powietrze było wręcz mroźne. No i sabotaż był udany.
Jeśli chodzi o mój potencjalny powrót: nic nie wiadomo. Wizę mam do 28 czerwca a przedłużenie będzie się wiązało z wycieczką do Pekinu, wizytą w ambasadzie i różnymi formalnościami, więc mam cichą nadzieję, że może nie będę tu siedzieć dłużej. A dziś szefo rozmawiał przez komórkę z Polską i mówił, że będzie gdzieś tam w środę. Może jednak zostanę tu sama?
Według mnie nie można tych dwóch miast porównywać. Oczywiście, byłam w Szanghaju tylko kilka dni, może nie wszystko widziałam, ale z Paryżem było tak samo. Anyway, w Paryżu widać troskę o turystów. Na każdej stacji metra, która znajduje się blisko czegoś ciekawego są plany okolicy z wyraźnie zaznaczonymi atrakcjami, samo metro jest też idealnie oznakowane, nie ma problemu ze znalezieniem istotnych informacji, jak na przykład godziny przyjazdu. Jest też bardzo rozległe i stacje znajdują się blisko zabytków (a nie jak w Sz, w oddaleniu o jakieś 20 minut piechotą). Przy ważniejszych stacjach obsługa mówi też po angielsku, w Sz nic z tego. Ogólnie rzecz biorąc, metro i ogólnie transport jest raczej dla Chińczyków, turyści zza granicy jeżdżą z przewodnikiem. Naprawdę nie wyobrażam sobie jazdy autobusem bez znajomości choćby znaków. A jeśli chce się zobaczyć mniej znane atrakcje i nie chce się wozić taksą to bez atlasu miasta też ani rusz. Jeśli chodzi o transport i obsługę turysty, Paryż jest zdecydowanie lepszy.
Nie widzę też specjalnie podobieństwa w zabudowie. Paryż jest bardzo jednorodny, tradycyjny, atmosfera już minionej arystokracji jest mocno wyczuwalna. Szanghaj, jak i całe Chiny przebudowuje się w tempie błyskawicznym, zrównując z ziemią wszystko, co mu stanie na drodze.
Co jeszcze... Ludność. W Paryżu zdecydowanie mieszana, w metrze czy na ulicach słychać wszystkie języki świata choć oczywiście przeważa francuski, w Szanghaju blada twarz wyróżnia się jednak dość mocno.
Reasumując: ja nie bardzo wiem, skąd komuś przyszło do głowy te dwa miasta porównywać ;)
Jeśli chodzi o sam transport. Chińczycy budują z rozmaaachem! Jak droga to od razu 4-5 nitek, po co się ograniczać. W związku z tym ja jeszcze nie widziałam większych korków, może poza jednym miejscem w Szanghaju, ale to wiadomo, duże miasto. Natomiast połączenia międzymiastowe są fantastyczne, ładna gładka nawierzchnia, stosunkowo niewiele samochodów, bo liczba się ładnie rozkłada na tyle kilometrów asfaltu. Lotniska to samo: wyglądają na opustoszałe, bo są naprawdę ogromne. Ale gdyby były mniejsze to pewnie byłby człowiek na człowieku. Tylko niestety przy tym pędzie do wielkości niszczy się kraj i jego wygląd. Wrzucę niedługo zdjęcia z Tianjin to zobaczycie o co mi chodzi.
Mamusia pyta to odpowiadam. Po przeniesieniu się do Hangzhou i wyjaśnieniu pewnych spraw - znakomicie. Miasto jest super - dużo bardziej przyjazne i "zielone". Ale o Hangzhou będzie jakiś osobny post. Jeśli chodzi o mnie to nie myślcie, że ja się tu tylko dobrze bawię. Owszem zwiedzam, ale tylko w chwilach wolnych, a tych jest naprawdę niewiele. Zazwyczaj jeżdżę wszędzie z szefem, a wiadomo, że to zawsze jakieś obciążenie psychiczne, bo nie można robić co się chce i kiedy się chce. Tak naprawdę całkiem po swojemu spędziłam tylko dwa dni: jeden w Sz i jeden w Pekinie. I zawsze na intensywnym lataniu po mieście, żeby zobaczyć jak najwięcej. W pozostałe dni najczęściej wstaję przed 9 i do 16-17 siedzę w biurze. Głównie tłumaczę co szefo chce zrobić z danym modelem roweru: jaka grafika, kolory, obrazki, jaka rama, jakie części, jaki rozmiar itd. Potem Chińczycy coś tam robią, a potem znowu trzeba coś zmieniać, zatwierdzać, ustalać ceny, daty wysyłki, zaliczki itd. Wbrew pozorom to nie jest łatwe zadanie, bo muszę ogarniać co szefo chce zrobić (zazwyczaj wszystko na raz ;] ) i dogadywać się z Chinką, która nie mówi super biegle po angielsku, więc często trzeba się upewniać, czy ja ją dobrze zrozumiałam a ona mnie. Po powrocie do hotelu mam z godzinę, dwie wolnego i wtedy najczęściej rozmawiam z Wami, bo nagle wszyscy chcą się ze mną skontaktować, o coś zapytać, poprosić o zdjęcia, komentarze itd. A wieczorem wychodzimy z szefem na jedzenie i spacer po tej czy innej okolicy (bo w Hangzhou już jest gdzie wychodzić). I pewnie, że jest to fajne, bo jem sobie różne fajne (lub mniej fajne, zależy jak się trafi ;) ja cierpię głównie dlatego, że oni tu używają pietruszki w dużych ilościach :P ) rzeczy za czyjeś pieniądze, a szefo jest mocno luzacki, więc sobie siedzimy i gadamy o różnych sprawach, ale jednak cały czas jestem w pracy i nie mogę się całkiem rozluźnić. Tak właściwie cały czas chodzę zmęczona i niewyspana, bo codziennie tyle jest do zrobienia, a czasu tak mało. Jak już nadrobię zaległości w postach to choć z blogiem i picasą się uspokoi, bo nie będzie aż tylu nowych atrakcji codziennie. A wtedy akurat będę się mogła zająć jeszcze jednym zleceniem ;) Ale wczoraj wieczorem moje zmęczenie już się dało mocno we znaki. Pojechaliśmy sobie nad tutejsze jezioro (zdjęcia potem). Coś tam zjedliśmy, pospacerowaliśmy i chcieliśmy złapać taksę do hotelu. Wsiadamy, dajemy kartę hotelową jak zawsze, a tu okazuje się, że na karcie nie ma adresu XD Za każdym razem to sprawdzałam, ale wczoraj już zupełnie nie miałam do tego głowy. No więc machamy kierowcy ręką, że go poprowadzimy, bo mniej więcej wiedzieliśmy w którym kierunku jechać XD Do pewnego momentu było ok, ale potem przed każdym skrzyżowaniem odbywała się dyskusja a potem znowu machanie, czy chcemy w prawo, czy prosto, a biedny kierowca musiał zachowywać czujność :P Przez chwilę nie wiedzieliśmy gdzie jesteśmy, ale zauważyłam całe szczęście znajomy budynek i zajechaliśmy w pobliże hotelu. Hurra, hurra. Wysiadam z samochodu i nagle nie wiem, gdzie jest mój aparat! Wskakuję z powrotem i krzyczę: "Gdzie mój aparat?! Gdzie mój aparat?! Przecież zawsze go mam przy sobie!!! A, mam go w ręce :P" XDXDXD Widzicie jak mocno odpływałam? :P A wyobrażacie sobie jak się musiał czuć ten kierowca? XD Wsiadają gajdzini, nie wiedzą gdzie mieszkają, przed każdym skrzyżowaniem dyskusja, a potem jeszcze wskakują z powrotem do samochodu i coś krzyczą XDXDXD Także wczoraj poszłam spać przed 23 i leeedwo obudziłam się przed 9 a dalej jestem zmęczona. A na weekendzie pewnie trzeba będzie coś pozwiedzać, bo w ciągu dnia pracuję dokładnie w tych godzinach co wszyscy inni.
Apdejt z dnia dzisiejszego:
Padł mi program do obchodzenia cenzury: nie działa mi fejs, picasa i blog. Znalazłam sobie inną stronę do zmiany IP, ale jest dużo mniej wygodna, więc nie wiem jak będzie z wrzucaniem zdjęć... Musicie się uzbroić w cierpliwość, może niedługo wyjdzie nowa wersja.
Nabyłam dziś po spacerze mapę Hangzhou, ponieważ nie lubię nie wiedzieć, a zwłaszcza nie znoszę nie wiedzieć gdzie jestem, a szefo aż zbladł gdzie go wyciągnę na spacer na weekendzie XD Sesese ;];];]
Strappu: +1 (nie wiem czy już pisałam: ustaliłam sobie limit jednej pamiątki dziennie ;) na razie lecą strappu :P )
Jestem absolutnie zauroczona Hangzhou. Zaliczyłam właśnie spacer po okolicy i nie chcę wyjeżdżać z Chin. Jest tak dobrze. Mieszkam w hotelu przy deptaku z butikami, od którego odchodzi jedna ulica z restauracjami (dziś kolacja muzułmańska ;) ), a zaraz równolegle... Miejsce, od którego zakręciło mi się w głowie. Naprawdę. Ulica przypominająca te w Kioto, z tradycyjnymi drewnianymi domkami, w których mieszczą się różniaste sklepy. I teraz już nawet nie martwię się o nadbagaż (dziś walizka ważyła już 19.5kg ;) ) tylko ile będzie ważyła paczka ;) Ustalam sobie limit jednej rzeczy do kupienia dziennie, bo inaczej od razu wydałabym pieniądze na te powalające poduszki, buty, strappu i przede wszystkim... rzeczy indyjskopodobne :P Homek, mam pomysł na biznes - trzeba w Kraku otworzyć sklep choćby z połową tego asortymentu co tu jest plus zacząć sprzedać internetową i zbyt zapewniony. Mnie się od nawału tych kolorów i ilości aż zakręciło w głowie. Jest też masa tradycyjnych wyrobów. I wszystko od razy w rozsądnych cenach!!! Nie jak wcześniej, że na karteczce cena 15 razy wyższa. Bierzesz i kupujesz i wszyscy mają zdrowsze nerwy.
Rany, rany, rany jestem w absolutnej euforii \^______^/ Wreszcie będzie gdzie wyjść na spacer wieczorem i problemem stanie się nadmiar ciekawych rzeczy do kupienia, a nie żal, że wokół tylko tandeta.
Do Pekinu pojechaliśmy w piątek rano. Oczywiście znowu mieliśmy opóźnienie, bo szefo zgubił różową karteczkę z potwierdzeniem depozytu (jak oni się tu lubują w tych karteczkach... Nawet jak się kupuje ciucha w niektórych sklepach to wypisują biały oryginał oraz żółtą i różową kopię >.> ) i spędziliśmy z 15 minut na jej szukaniu. W końcu ludzie z recepcji litościwie odpuścili nam te 2500y zaliczki i poprostu napisali na odwrocie, że pieniądze wydano czy jakoś tak. (Tu nadmienię, że karteczka znalazła się parę godzin później przy kupowaniu biletu do Summer Palace, między pieniędzmi ;] ). W Pekinie nie mieliśmy zarezerwowanego żadnego hotelu, ale stwierdziliśmy, że poszukamy na miejscu. Ledwo wyszliśmy z bramki zaczepiła nas pani machając wizytówką z maleńkim zdjęciem pokazującym ładny pokój. Potargowaliśmy się trochę o cenę, uzyskaliśmy dość niską i powiedzieliśmy, żeby nas prowadziła. Przed dworcem pokazała jakiś czerwony szyld w niewielkiej odległości, ale po chwili doprowadziła nas do samochodu, mówiąc, że zawiezie nas na miejsce. Oooo nie, bez jaj. Zaczęłam mówić, że chcemy jechać taksówką, jeśli już. Pani zaczęła coraz głośniej i szybciej szwargotać aż w końcu zaczepił nas młody chłopak i zapytał czy może jakoś pomóc. Napisał mi na karteczce "najbliższy tani hotel" i powiedział, że mamy to pokazać taksówkarzowi. Pani przestała zwracać uwagę na nas, a zajęła się bluzgami, więc szybko się oddaliliśmy ;] Szybko zainstalowaliśmy się w hotelu (o zdecydowanie niższej klasie niż poprzednie :P Bez neta w pokoju i z zupełnie inną klientelą. Dziś o 6 nad ranem obudziła mnie grupka wrzeszczących Chińczyków... Nie ma to jak przemykający cicho po korytarzach biznesmeni :P ) i wyruszyliśmy do Summer Palace. I tu uwaga co do zwiedzania Pekinu - wszyscy ci, którzy myśleli, że oblecę jak zwykle wszystkie możliwe atrakcje w dwa dni srogo się mylili. Po pierwsze wszystko tutaj zamykane jest o 17-17:30 (nawet sklepy!) a po drugie miasto jest naprawdę ogromne! Dotarcie z hotelu do Summer Palace zajęło nam ze 45 minut metrem, potem do Houhai taksówką też jechaliśmy z 20 minut, do Badachu autobusem jechałam dwie godziny (45 przystanków!). Także niestety nie da się szybko przeskakiwać z lokacji na lokację :( Natomiast samo metro jest bardzo dobrze zorganizowane i tanie - jednorazowy bilet na dowolną odległość kosztuje 2y (80 gr) i cały czas się rozbudowuje! Jeszcze chwila i będzie nim można dojechać naprawdę wszędzie. Po pałacu udaliśmy się do zoo, ponieważ naprzeciwko znajduje się największe targowisko z ciuchami. Na stacji odebrał nas Krzysztof Józef - mój japonista-kouhai, siedzący już kilka miesięcy w Pekinie na stypendium. Poszliśmy do sklepu a tu zonk! Schody ruchome nieczynne a wejście blokują strażnicy. Niestety, godzina 17, schluss. I nieważne, że jest piątek. Przemieściliśmy się więc do Pearl Market - czegoś podobnego tylko mniejszego, gdzie zakupy robią obcokrajowcy. Obalam mit tego, że w Chinach można dostać to samo co u nas, tylko taniej i w większej ilości. Połowiczna prawda: owszem, można dostać taniej, ale ile się trzeba po drodze natargować... Bluzka początkowo kosztuje 560y, "specjalnie dla ciebie" upuszczą cenę do 420 i potem ty rzucasz cenę. Jak wiesz, że powinna kosztować 60 to mówisz 60 a pani łka, że jesteś jej przyjacielem i rozdzierasz jej serce i przerzucacie się cenami przez najbliższe 15 minut. I w końcu płaci się tyle, ile się chce (o ile człowiek nie przesadzi, ale wtedy od razu pani z grymasem wywala cię ze sklepu ;) ), a potem i tak ma się wrażenie, że się przepłaciło, bo bluzka była warta pewnie ze 30 :P I co z tego, że w Polszy taka sama kosztowałaby 150 ;] Natomiast co do ilości... Tragedia... Ileż u nas teraz ciekawych trampek... W kratkę, we wzorki... I wcale nie takich drogich... Ale ja stwierdziłam, że co je będę wozić do Kraju Trampek. Kupię sobie jakieś na miejscu. No i zonk. Bo na miejscu owszem są znakomite podróbki conversa, ale może z 7-10 modeli i koniec. I na każdym stoisku to samo, jak u nas na "szczękach" :( A ja oczami wyobraźni widziałam te nieskończone modele i kolory :P I tak jest generalnie ze wszystkim :/ Także moje obawy o nadbagaż raczej się nie sprawdzą ;) Tak ogólnie: nie wiem skąd się bierze ten towar "made in China" u nas, ale zdecydowanie nie pojawia się on w samych Chinach.
sprostowanie z następnego dnia: Po Badachu poleciałam jeszcze raz do targowiska przed zoo okazało się, że się myliłam: po prostu w pearl market jest ograniczona ilość towaru, przeznaczona tylko dla gajdzinów. Natomiast autochtoni kupują w Krainie Trampek ^__^ Tutaj wszyscy mówią tylko po chińsku i jeśli człowiek wykaże się znajomością tego języka to sprzedawcy zaczynają od średniej ceny 150 za cokolwiek ;) Ale jak się trzyma standardowej ceny za trampki/spodnie/koszulki itd. to bardzo szybko dobija się targu i można lecieć dalej. Kilka pań powiedziało mi nawet (o ile zrozumiałam ;) ), że ponieważ mówię po chińsku to one od razu mówią tę cenę co trzeba (zgadzało się, bo najpierw popatrzyłam, ile za dany towar płacą miejscowi). Efekt był taki, że wpadłam w spending spree :P No, może nie przesadzajmy, ja praktycznie nie mam tendencji do shoppingu, więc pewnie obkupiłam się skromnie w porównaniu z innymi dziewczynami, ale jak na mnie zdecydowanie bardzo porządnie ;) Nie wszystkie zakupy po powrocie do hotelu okazały się udane :P ale zdecydowana większość tak ^__^ Problem polega na tym, że w tych sklepach nie ma przymierzalni i wszystko kupuje się "na oko". No i niestety nie zawsze utrafi się z rozmiarem ;)
Pekin zdecydowanie różni się od Szanghaju, na tyle co widziałam oczywiście. Zdecydowanie Sz był nowocześniejszy: tutaj jest większy rozmach komunistyczny - ogromniaste budynki z betonu/marmuru, a w Sz - drapacze. Tyle, że tutaj są nowsze autobusy i chyba mniej się trąbi... Przynajmniej takie mam wrażenie, chyba że po prostu przestałam na to zwracać uwagę :P No i kierowcami autobusów są głównie kobiety!!! Tutejszy chiński... Ło matko... To jest głównie takie ererer z mocnym "r" - jak bileterka czytała nazwy przystanków w autobusie to słyszałam jeden szwargot i nie pomagało nawet czytanie nazw na tablicy XD Jak to dobrze, że wracam na południe :P
Ale ogólnie zaczynam się przyzwyczajać do Chin ^__^ Jednak ja się po prostu źle czuję na prowincji, nieważne gdzie :P Tutaj już sobie radzę z kupowaniem ciuchów, jedzenia, znam coraz więcej cen (w wielu sklepach nie ma takich informacji ;) ) i rozumiem coraz więcej słów. A jeśli Hangzhou będzie tak ładne jak mówią to szykuje się bardzo miła dalsza część pobytu.