2 stycznia 2013

2012: podsuma

Na blogu posucha, ale tradycyjne podsumowanie musi być. Choć widać wyraźnie, że rok nie był tak obfitujący w pamiętne wydarzenia jak choćby poprzedni.

  • Głupol Roku: Nat
  • Za wybitną nawigację i podróż Poz-Waw przez Szczecin. 
  • Żenua Roku: aneczka
  • Za wyprowadzkę z Wronek.
    Żenua Narodowa: odwołany mecz z Anglią na wspaniałym stołecznym stadionie/basenie.
    • Fuj Roku: aneczka
    • Za kradzież Świętego Graala.
    • Fakap Roku: redaktor karo
    • Za brak sił, żeby dojść do ambasady USA. Ponownie.
    • Wrzód Roku: podwójna kadra kierownicza w Fabryce.
      Za wzajemnie wykluczające się pomysły, za wszystko na wczoraj i totalny brak komunikacji wewnętrznej.
    • Złote Usta Roku: karo
      Za wyzywanie swoich pracodawców :]
    • Śmiechawa Roku: Harce jesienne.
      • Epika Roku: Fokolot.
      • Gadżet Roku: pięciokilowy młynek do kawy XD
      • Zakup Roku: Aeropress.
        • Mądrość Roku: brak? o.O
        • Drink Roku: wszystkie wynalazki z mojej ulubionej kawiarni we Wronkach. Za spersonalizowany dobór składników, preferencyjne ceny dla stałych klientów i moc ^^ oraz gratisowo dowóz klienta do domu :D
        • Terapeuta/Znachor Roku: brak! 
        • To chyba jednak dobry rok był ^^
        • Cud Roku: Dudanka.
        • Kuriozum Roku: magisterka Nat na 5 :P
        • oraz bardziej ogólnie: okrągła kładka dla pieszych w Rz -_-"
        • Szoker Roku: Wiersz dla mnie. I to jeszcze o whisky XD
        • Szoker Techniczny: reaktywacja gg
        • Odkrycie Roku: Beskid Niski.
        • Lokacja Roku: Zyndranowa.
        • Ciacho Roku: Tony Stark.
        • Za to że nie ma żadnego planu a i tak wart jest tyle co reszta Avengersów razem wzięta ;)
        • Film Roku: Cosmopolis.
        • Film Roku z innego roku: Opona.
        • Serial Roku: Sherlock
          Za przywrócenie wiary w to, że możliwe jest jeszcze kręcenie wciągających produkcji; spowodowanie nawrotu brytolomanii i kilka tygodni radosnego fangirlingu.
        • Wideo Roku: Bracia Figo Fagot - Bożenko.
        • Piosenka Roku: Take That - Love Love.

        19 września 2012

        doraibu


        Na zakończenie polskiego sezonu rowerowego kilka słów o japońskim ekwiwalencie ;)
        Doraibu czyli z ang. drive to najpopularniejszy chyba pomysł na „aktywny” weekend. Jest to przejażdżka samochodem, bez konkretnego celu, ot, dla samego rozkoszowania się jazdą. „Aktywność” idealna dla Japonek – poprzemieszczają się trochę w przestrzeni, ale nie będą narażone na zmęczenie, a nie daj Boże – spocenie się!
        Doraibu zakorzeniło się w świadomości tak głęboko, że dla części Japończyków jest jedyną opcją spędzenia weekendu czy wolnego czasu. Kiedy znajoma Japonka chciała mi pokazać swoją rodzinną wyspę oczywiście obwiozła mnie po niej samochodem. Dopiero po moim spostrzeżeniu, że jeszcze przyjemniej zwiedzałoby się taką ładną okolicę na rowerze, zaczęła w ogóle rozważać taką możliwość! Była autentycznie zaskoczona, że wow! faktycznie, można też pojeździć na rowerze ;] Wcześniej odwiedziło ją kilka koleżanek Japonek i nawet nie pomyślały o innej opcji. Po całodziennym wysiłku, koleżanka stwierdziła, że jeżdżenie na rowerze jest całkiem przyjemne i postanowiła, że sama też zacznie więcej ćwiczyć. Nawet teraz, po roku, wspomina bardzo często nasze wspólne rowerowanie.

        Oczywiście nie oznacza to, że Japończycy na rowerze nie jeżdżą ;) Ale to temat na osobną notkę.

        10 września 2012

        Rāmen, czyli rosół po japońsku

        Zupełnie nie wiem, czemu zaczynam część wspominkową bloga akurat od rāmenu, skoro przez rok zjadłam może z pięć :P Gdy jednak popatrzeć na Azję jako całość, jest on tam niezbędnym elementem codziennego życia i jakoś zostaje w pamięci ;)

        Japończyk, zapytany o typowo japońskie danie, nie odpowie, wbrew pozorom,→sushi. Większość uznaje je za danie luksusowe i na co dzień standardowy salariman zajada po pracy coś, co przypomina najlepiej znaną „zupkę chińską” z pofalowanym makaronem (bo w pracy to →bentō, czyli pudełko z drugim śniadaniem ;).
        Zupka zresztą naprawdę jest chińska, bo właśnie stamtąd dotarła do Japonii. Jest to bulion, najczęściej mięsny, czasem z dodatkiem rybnego, podawany z falowanym makaronem pszennym. na wierzchu najczęściej dokładanych jest kilka plasterków wieprzowiny, kiełki, pokrojone cybuchy, trochę wodorostów. Cena: 290-850Y (12- 35PLN). W Fukuoce najlepiej spróbować go w ulicznym straganie (→yatai), w cenie 500Y. Smak rāmenu będzie jak wszędzie, ale yatai występują tylko w tym jednym mieście ;)
        yatai wersja zimowa. W lecie są otwarte.

         Co ciekawe, każde miasto szczyci się swoją odmianą rāmenu – Japończycy na pytanie o lokalną specjalność zazwyczaj polecają właśnie tę potrawę. Istnieją nawet restauracje serwujące jedynie „rosoły” z rozmaitych miast z całej Japonii. Biorąc pod uwagę zamiłowanie Japończyków do rodzimego jedzenia, jest to w pełni zrozumiałe. Co nie zmienia faktu, że przy tak słabo doprawionej kuchni o mocno wysublimowanym smaku, dla gajdzina smakują one właściwie jednakowo. Niby wiadomo, że w Sapporo dodaje się miso (pasty sojowej), w Tokio bulionu z ryby, a w Fukuoce bulion jest bardziej mleczny, ale wybaczcie, to tak jakby powiedzieć, że krakowski rosół jest inny bo z krakowskich krów, a poznański jest z dodatkiem szczypiorku, a warszawski z kawałkami marchewki. W Polsce nikt by nie robił z krakowskich krów atrakcji, bo przecież to jakaś parodia. A w Japonii na tym właśnie opiera się wielki biznes turystyki kulinarnej ;)
         Osobiście polecam wizytę w najpopularniejszej sieciówce sprzedającej rāmen:  Ichiran 一蘭. Lokal serwuje tylko jeden typ rosołu, ale klient może dowolnie dobrać jego właściwości: tłustość, stężenie bulionu, ostrość, ilość cebulki, twardość makaronu. Ciekawe jest to, że jest się osłoniętym ściankami od innych konsumentów (w innych sieciówkach na przykład z udonami siada się przy długiej ławie), a rosół wydawany jest przez malutkie okienko, które zaraz jest zamykane. Wszystko po to, aby bez skrępowania można było rozkoszować się gorącą zupą, sapiąc czy siorbiąc do woli. Pamiętajmy jak ważny jest wygląd dla młodych Japonek – żadna z nich nie pozwoliłaby sobie na publiczne pokazanie twarzy, zaczerwienionej od jedzenia ostrej zupy.

        Mój rāmen. Mocno esencjonalny, nietłusty, średnio ostry z twardym makaronem. Wreszcie byłam zadowolona, bo zupa miała wyrazisty smak ;)









        Nawet na przykładzie prostego rosołku widać japońskie podejście do życia: chleb powszedni święcić, stworzyć system i celebrować.
        A co z resztą Azji? Tu króluje zupka błyskawiczna w wielkim papierowym kubełku.
        Niezbędny element chińskich podróży pociągiem czy koreańskiej wizyty w saunie. Sklep na dworcu chińskim to półka z takimi przysmakami jak paczkowane marynowane kurze stopy czy orzeszki ziemne oraz ściana zastawiona kubełkami zupki chińskiej. Średnio jeden kubełek na osobę na podróż nocnym pociągiem. Zupka błyskawiczna jest właściwie instytucją - z jej powodu na każdym dworcu, lotnisku, ba, w pociągach dalekobieżnych!, znajdują się dystrybutory gorącej wody. Państwo respektuje choć jedno prawo człowieka: prawo do gorącej zupki chińskiej ;)
        Koreańczycy aż tak za kubełkami nie szaleją, na mieście wybierają raczej to, co jest sprzedawane na straganach czyli kluchy w ostrym sosie, kimchi, albo słodkie racuchy. Zupka chińska jest jednak punktem obowiązkowym wizyty w jimjilbangu. Obok jajek gotowanych w gorącym źródle. Znajoma Koreanka twierdzi nawet, że taka zupka po saunie, jedzona wspólnie ze znajomymi smakuje zupełnie inaczej ;)

        Próbowałam kilku kupnych rāmenów. Zarówno w Korei, jak w Japonii. Główną wadą jest makaron - właściwie bez smaku i ma dziwną konsystencję: na surowo za miękki, a po zalaniu wrzątkiem jakby rozgotowany. Polskie zupki chińskie knorra rulez ;D
        Aha, Koreańczycy ostry rāmen uważają za najlepszy sposób na porannego kaca ;)

        (uff, ciężko się pisze obszerniejsze teksty po dłuższej przerwie... zbieram zamówienia na kolejne notki - jakieś życzenia? ^^ jedzenie, święta, a może kącik od 18 lat? ;) )

        5 września 2012

        papierologia rozliczeniowa

        WZ, KP, proforma, list przewozowy, faktura...

        Gdzież te radosne czasy, gdy beztrosko mówiło się paragon, proszę...?

        4 września 2012

        kontury porządku

        Kolejny odcinek niekończącego się kabaretu w Fabryce.
        Wszyscy pracownicy biurowi dostali zdjęcia wzorcowego layoutu biurka. Ma ono wyglądać tak, jak przestrzeń na halach produkcyjnych: wszelkie sprzęty mają być otoczone kolorową taśmą. Na halach oczywiście ma to sens: wózki zawsze składane są w obrębie niebieskich konturów, wiadro stoi wewnątrz zielonego okręgu, i od razu widać, że brakuje szczotki na stojaku, bo pusty kontur zieje ze ściany; nikt się nie przewróci o wiadro czy inne sprzęty, bo zawsze są w jednym miejscu.
        Koreańczycy taki sam ład chcą wprowadzić w życie biura. A zatem telefon ma być otoczony kolorowym konturem, a pod spodem naklejona karteczka telefon ma uniemożliwić postawienie w tym konturze na przykład pudełka czekoladek. To samo dotyczy monitora i może smatrfona, bo więcej na biurku znajdować się nie może.
        Zapytałam przekornie, czy w layoucie uwzględniono kółeczko na kubek kawy czy herbaty. W życiu! Koncepcja sączenia napoju jest obca i wstrętna naszym zółtym przyjaciołom. Dopuszczają tylko kawę 3 w 1 w plastikowym kubku. Szybki shot i można dalej zasuwać w kieracie. A nie jakiś kawiarniany relaks uprawiać.
        Mało kabaretu? To nie koniec.
        Zdjęcia pokazywały wzorce nie tylko blatu biurka, ale i s z u f l a d y. Mogą się w niej znajdować tylko ułożone w rządku przybory typu długopis, nożyk do tapet, nożyczki itp. Porządek i asceza. Żadnego chaosu papierzysk.
        I to wszystko traktowane jest bardzo serio. Do jednego z ważniejszych kierowników w Fabryce przyszła ostatnio delegacja i kazała pokazać zawartość szuflady. Uuu, co za bałagan... Cyk! Fota. Do poprawy.

        31 sierpnia 2012

        ogródek zen

        (budujemy parking pokryty tłuczniem na przyjazd kolejnego VIPa. Dziś mieliśmy właśnie kończyć ubijanie ostatniej warstwy)

        Telefon.
        - Zamów więcej tłucznia!
        - Zamówiłam. Będzie za pół godziny.
        - Ale dobrego tłucznia na wierzch!
        - No tak, zamówiłam ten dobry tłuczeń (dolna warstwa była gorszej jakości ceglana).
        - Ale jeszcze jedną warstwę! 5cm na samej górze!
        - ??? w to miejsce, gdzie już skończyliśmy? Przecież wyjdziemy ponad poziom drogi...
        - Ale jeszcze ładniejszy tłuczeń! Ładny! Na wierzch!

        "Ładny tłuczeń". Tak jakby tłuczeń mógł być ładny. Jak deszcz popada to trochę go przepłucze, ale zawsze jakiś muł czy piasek zostanie.
        Ale aneczka ma już wystarczające doświadczenie, żeby zaimprowizować. Wsiadłam w samochód, pojechałam do dostawcy, zrobiłam zdjęcie takich ładnych kamyczków co się kładzie pod drzewka i proszę - dokładnie o to chodziło.

        Tylko moi robotnicy przez cały dzień rozgrabiali te kamyczki po 220 metrach kwadratowych. I bynajmniej nie było to mistyczne przeżycie jak przy zenistycznych ogrodach ze żwirku. Zwłaszcza w strugach deszczu.

        20 sierpnia 2012

        taki tam słupek, tyci

        Telefon.
        Pani Aniu, jest słupek do przestawienia. Możecie to zrobić?
        Hm, czemu nie? Chłopaki dla odmiany mogliby zrobić coś łatwego w stylu przesunięcia słupka w płocie czy ogrodzeniu.
        Ale wiadomo, najpierw trzeba pójść i zobaczyć o co chodzi.

        Taaa... Słupek...
        A wiecie co jest najlepsze?
        Oni to chcieli zrobić JUTRO.

        18 sierpnia 2012

        dom, który czyni szalonym


        Od jakichś trzech tygodni słyszę o temacie przeróbki wentylacji. Na początku byliśmy zbyt zajęci czym innym, żeby się w ogóle interesować. W czwartek 9-go zgłosił się do mnie pan, który prosił o przyjrzenie się sprawie. Podał cenę, za którą chce mieć wykonaną robotę i jeszcze radośnie poinformował, że pracować można od 1 do 5:30 w nocy. Pewnie, już lecę. Ale dyplomatycznie powiedziałam, że skonsultuję się z biurem. Tylko po to, żeby w piątek grzecznie odmówić.
        Pan jednak zaczął mnie prosić. Że możemy też robić wentylację w innym miejscu, żeby wyrobić więcej roboczogodzin. Wszystko oparło się o mojego szefa, który ostatecznie się zgodził.
        Deadline: 26 sierpnia.
        Szybko wyliczyliśmy, jakie kanały są nam potrzebne i w poniedziałek poszło zamówienie, żebym miała je na sobotę i mogła coś zacząć robić. We wtorek zrobiłam ofertę, która poszła do mojego Koreańczyka, w środę było święto, dopiero w czwartek oferta poszła do Polaków w S.

        Teraz wyjaśnienie jak wyglądają w Fabryce sprawy: żeby zacząć cokolwiek robić potrzebny jest approval. Podpisany przez trzech Koreańczyków związanych najbliżej z tematem, a na końcu jeszcze przez prezesa i viceprezesa. Żeby o approval wystąpić trzeba mieć trzy oferty i oczywiście wybrać z nich tę najtańszą. Dopiero jak jest approval można zacząć działać.

        W praktyce wygląda to tak: z jednej strony wręcz mnie błagają, żebym wzięła jakąś pracę, bo musi być zrobiona, a nie mogą znaleźć chętnego, z drugiej do końca nie wiem, czy na pewno ją dostanę, bo są brane pod uwagę inne oferty. Z trzeciej muszę kupić materiał, bo jak go nie zamówię to nie przyjdzie na czas i nie wyrobię z terminami.

         A w ogóle to i tak zawsze ktoś będzie niezadowolony, będzie za drogo, za wolno, nie tak.

        Co cię nie zabije, to cię wzmocni. No i nie wyobrażam sobie, żeby gdziekolwiek było gorzej :P

        16 sierpnia 2012

        wiejski Mosad

        Wybrałam się na weekend do Poznania. Do dworca mam kilka kilometrów, pojechałam więc samochodem i zostawiłam go w ustronnym miejscu, z tyłu, przy ogródkach działkowych.
        Wróciłam w poniedziałek o 8. O 11 przyszedł mój pracownik, który też był na weekendzie w Posen i mówi "wróciłaś rano?".
        Szok. Skąd wie? Jak?
        Okazało się, że spotkał po drodze innego robotnika, który mnie widział jak wyjeżdżałam spod dworca.

        Dziś robiłam zakupy w sklepie i właściciel zagadał, czy przypadkiem samochód się nam nie zepsuł, bo widział jak stał koło dworca.

        No nie można nic zrobić poza rutyną, bo zaraz cała społeczność to komentuje :P

        Posen i okolice (dla moich rodziców, bo reszta Czytelników widziała już gdzie indziej :) )
        Polsza

        6 sierpnia 2012

        puf ufff

        Już od dawna miałam ochotę wyrazić swoje zdanie na wszystkie utyskiwania, które słyszę wokół. Wszyscy tylko sapią i stękają, że taaaki upał mamy. Żyć się nie da, pracować tym bardziej, laboga byle do zimy, kiedy wszyscy będą narzekać na mrozy i oblodzone drogi.
        Wszystkim tym zrzędom mówię: nie macie pojęcia co to znaczy upał. Gorąco jest wtedy, kiedy tuż po wyjściu z domu oblepia cię powietrze, kiedy przez cały dzień wydaje się, że już zaraz będzie ulewa. Ale jej nie ma, a temperatura i wilgoć utrzymują się na tym samym poziomie przez kilka dni i tylko w środku nocy można odetchnąć bardziej rześkim powietrzem. A najlepiej śpi się na poduszce i macie ze słomy, bo wszystko inne jest za ciepłe i zaraz zaczyna się lepić.
        I że niby letnie burze i ulewy? Ulewa jest wtedy jak ledwo widać ścianę bloku oddalonego o 30 metrów. Chodniki zmieniają się w rwące potoki i opłaca się chodzić właściwie jedynie w plastikowych klapkach. I tak przez 6 tygodni. Przez które w Japonii spada tyle deszczu, co w Polsce przez rok i jakoś nikt nie płacze. Po części dlatego, że wszyscy wiedzą, że to dobre dla ryżu. No i fajne jest to, że ten deszcz jest ciepły, więc właściwie wychodzi się jak pod prysznic ^^

        Letni zestaw przetrwania: mokry ręcznik na szyję, wachlarz, klapki. 

        A tak w ogóle to:


        Powyższy post jest pierwszym z serii wspominkowej o Japonii. Z pisania książki nic nie wyszło, więc chociaż tutaj sobie zarchiwizuję myśli zapodziane ;)

        21 lipca 2012

        ja pobruszę

        [poprosiłam o klucze, żeby zmienić sobie dętkę w służbowym rowerze]

        - Ania! Kim byśmy byli, gdybyśmy ci pozwolili samej naprawiać rower!

        Za pół godziny rowerek stał już gotowy przed drzwiami.

        I tak oto paradoksalnie najbardziej kobieco czuję się na budowie.

        20 lipca 2012

        fabryka-chaos

        Osom stołeczne korpo działają z tego co mi wiadomo z opowieści całkiem sprawnie, prowadzone przez friend kolektyw, rozmawiający w przerwach nad genderem. Tu, na prowincji, gdzie ludzie piją wąsate piwa i niby świat powinien być łatwiejszy, najprostsze projekty gmatwa się do granic prawdopodobieństwa. Głównie ze względu na fatalną komunikację między działami.

        Case 1:
        Trzeba dostać się do pomieszczenia, w którym znajduje się główny wyłącznik prądu.
        Sposób postępowania:
        1. Zapytać pracujących obok ludzi, kto może mieć klucz do drzwi. Nie wiedzą.
        2. W HR też nie wiedzą.
        3. Każde drzwi mają jednak numer i do większości z nich można dostać klucz na portierni.
        4. Klucz udało się znaleźć, ale nie pasuje do zamka.
        5. Idę do ludzi, którzy zajmowali to pomieszczenie kiedyś. Okazuje się, że wzięli zamek ze sobą do nowego biura. Więc sprawa jest już prosta: sprawdzam numer drzwi, przy których stoję, idę po klucz do portierni i tym razem pasuje.

        Ale to nie koniec historii.
        Po dwóch dniach otwierania tego pomieszczenia, kiedy było nam potrzebne, pojawił się człowiek, który miał tam cenne rzeczy. A miał je tam zmagazynowane, bo biuro w którym pracował miało być przebudowywane. Od czterech dni ludzie byli więc na urlopie, a on czekał w pustym pomieszczeniu, aż przyjdziemy pracować. I to od nas dowiedział się, że te prace zostały odwołane 6 dni wcześniej.

        Case 2:
        Idę do strażaka po standardowy protokół o zezwolenie na prace spawalnicze. Mamy przenosić i powiększać jedno biuro i przy okazji trzeba będzie pociąć trochę konstrukcji. Okazuje się, że strażak nic nie wie, a jeśli biuro ma sufit to jest osobną strefą pożarową i trzeba w nim zrobić instalację ppoż. Ale my nie mamy zlecenia na taką instalację. Dział, który nam to zleca nie ma ochoty płacić dodatkowych pieniędzy. Mamy więc problem: sufit musi być, żeby było ciepło, ale jeśli będzie to trzeba dopłacić. Rozwiązanie: mamy zrobić tylko stelaż, żeby strażak odebrał nowy obiekt, a po miesiącu, jak już zapomni o sprawie, to się sufit dołoży.

        24 kwietnia 2012

        technofob

        Głupol techniczny: dowiedzieć się po pół roku, że używałam usb 3.0 jako portu do myszki.
        Fail.

        13 marca 2012

        Posenrelax

        No to mamy pierwszą oficjalną nominację na Żenuę 2012 - kajam się niniejszym za brak postów, postaram się poprawić.

        A póki co, garść wspomnień z ostatniego pobytu w Posen.

        • Nominacje do Głupola 2012:
        N: Ciekawe, czy na bilecie 48godzinnym da się jeździć w nocy...?
        a: Poważnie? ;] To jest opcja 4 x jasna część dnia? ;]

        N. (całkiem serio): Dwa modżajto poproszę.
        • Kraków traci status miasta, w którym obowiązkowo zjadam tartę. W "Sieście" koło Starego Browaru serwują pierwszorzędną, w dwa razy większych porcjach ^^v
        • Po raz pierwszy do miana Ciacha pretendować będzie osoba płci żeńskiej. Niejaka chudzinka Lucynka :P Podbiła moje serce na tyle, że żałuję, że nie ma strony na fejsie :P
        • Jestem w lepszej formie niż sądziłam :D Pan masażysta znalazł tylko kilka kłębków nerwowych, poza tym nic mi nie dolega ^__^v
        • Po bardzo udanym spektaklu Krawca Mrożka stwierdzam, że dużo sensowniej jest teraz wydawać pieniądze na teatr niż na kino - przynajmniej jest większa szansa na zobaczenie czegoś autentycznie ciekawego czy zabawnego.
        • Miałam też styczność z kulturą poznańską :D Gzikiem, szarymi kluskami oraz gwarą - tak dziwaczną, że nie jestem nawet w stanie powtórzyć jednego słowa :P
        • W Ikei zainwestowałam 5 dych w moje zdrowie i zrelaksowany kark, oraz znalazłam tańszą alternatywę dla mojej wymarzonej lampy za 2 kafle. Mam nadzieję, że będą one dostępne za miesiąc od ręki ^^
        • Nowy dworzec prezentuje się całkiem okazale, ale szał budowlany opóźnił mój wyjazd o godzinę, a przyjazd do celu - o dwie... Choć jest też teoria, że to wszystko przez karmę :P

        5 stycznia 2012

        2011: podsuma

        W związku z brakiem propozycji na nominacje, przedstawiam całkowicie subiektywne podsumowanie minionego roku :)

        • Padlina Roku: Mat
        • Bo każda z nas choć jedną musi mieć ;)
        • Fuj Roku: azjatycka klimatyzacja
        • Za nieustanne przeziębienia w lecie. Specjalna nagroda dla mroźnej wersji 17C z Hong-Kongu, która zasabotowała mój pobyt w Yangshuo.
        • Wrzód Roku: Okazaki-sensei
        • Za nader skuteczne uprzykrzanie swoimi quizami życia 30tu osobom i nieustanne próby udowadniania mi, że nie znam się na własnej specjalizacji.
        • Głupol Roku: Homeczek
        • Za niegodne zachowanie na sali sądowej :]

        • Żenua Roku: aneczka
        • Za bujne życie na stypendium, totalne nieogarnianie spraw pudelkowych i tych bardziej istotnych po powrocie oraz wtopy z powodu "światowych" przyzwyczajeń.
        • Śmiechawa Roku: Mista Karol w jimjilbangu.
        • Epika Roku: bycie sempajem dla wszystkich ^___^V
        • Gadżet Roku: tu mam problem... chyba nowy laptop, bo wreszcie mogę grać :P A, i telefon z Androidem ^^
        • Zakup Roku: kubek Kioto ze Starbucksa^^
          • Mądrość Roku: Party hard :P
          • Komplement Roku: Gdybym mogła wybrać sobie nogi, wzięłabym Twoje. - Vanessa
          • Lol Roku: brak? O.O
          • Drink Roku: Sparx jako tania podstawa dobrych imprez; japońskie kamikaze jako fancy podstawa dobrych imprez; German legspread za ciekawe połączenie składników oraz polskie odkrycie: negroni i Manhattan za gorzkawy smak :)
          • Terapeuta/Znachor Roku: ja
          • Bo z niewiadomego powodu wszyscy przychodzili do mnie po porady wszelakie :>
          • Cud Roku: Moja zaskakująca popularność. Niestety, została za granicą :P A także to, że po roku obżerania się sushi i innymi frykasami, nie dość, że schudłam to jeszcze podobno w cycki mi posżło. A także poprawił mi się wzrok (który już się zdążył pogorszyć z powrotem T__T )
          • Kuriozum Roku: Babcia-admin ;]
          • Szok Roku: Mój chrześniak lubi się ze mną bawić. Ba, on chce się bawić tylko ze mną O.O
          • Odkrycie Roku: clubbing XD :P
          • Lokacja Roku: Yangshuo oraz Sushi Ichiba
          • Ciacho Roku: Shinee (za nieodłączny teledysk imprez wszelkich) oraz Żimi (bo moje prywatne :P )
          • Film Roku: King's Speech, Tinker Tailor Soldier Spy, X-men: Pierwsza Klasa
          • Serial Roku: Gra o tron, Jekyll (ale ogólnie rok był bardzo kiepski :/ )
          • Wideo Roku: Shinee - Mirotic, Japanese girl explains Star Wars
          • Piosenka Roku: Gotye - Somebody I used to know (za tekst), David Guetta - Memories (za przesłanie ;D ).
          edit: Jakże mogłam zapomnieć!!! Tyle razy o nich wspominałam...
          • Wynalazek Roku (a raczej wszechczasów, ale w tym roku już obowiązywać nie będzie..): nomihōdai oraz tabehōdai ^____^

          13 grudnia 2011

          odwrotny szok kulturowy - suplement

          * nie wszystkie samochody są białe
          * nie widuję ludzi z iPadami. Ba, większość ludzi uważa, że głupotą jest je kupować.
          * Pociąg stoi na peronie pół godziny wcześniej. To tak rzadko odjeżdżają z niego pociągi?
          * Przepyszna kawa w kawiarni jest w cenie obrzydliwej japońskiej lury z automatu
          * Polacy są ogromni... A kobiety strasznie wysokie

          16 listopada 2011

          odwrotny szok kulturowy

          czyli Polska widziana po roku na obczyźnie ;)

          * reklamy proszku podają temperaturę prania!
          * ile starych samochodów!
          * to aż tyle facetów ma wąsy i/lub brodę? O.O A jakie gęste...
          * pamiętałam, że podstawowy styl Polaków to pseudo metalowiec z jakimiś długimi kłakami, ale nie sądziłam, że aż tak mi będzie przeszkadzać :/
          * mmm... jaki my dobry chleb mamy... mniam! przez miesiąc miałam ochotę jeść głównie kanapki ^^
          * w każdym domu jest piekarnik - niebywałe
          * sushi - w Japonii bardziej zbliżone do fast fooda, w Polsce jest burżujskim daniem, jedzonym fudufafa, a smakuje okropnie. Ryba drugiej świeżości istnieje.
          * w Japonii nawet książki pakuje się do czarnych reklamówek, żeby chronić prywatny wybór, a w Polsce? Zestaw biustonoszy ląduje bez namysłu w przezroczystej reklamówce :>

          13 października 2011

          chiński misz masz III

          Tyle złego napisałam o pociągach, teraz może coś dobrego. Po pierwsze ceny: Średni dystans między lokacjami wynosił 600km, cena za miejsce stojące jakieś 40 zeta. Biorąc pod uwagę, że to jest cena za miejsce siedzące, jeśli się wie jak je dostać, to bilety wychodzą całkiem tanio. A jak jest szczyt sezonu to niestety za takie ceny płaci się brakiem wygód ;)Po drugie, Chińczycy wiedzą, że jest ich dużo i w związku z tym podstawiają tyle wagonów, ile się da. Średnio około dwudziestu. Oj, jak zobaczyłam po raz pierwszy chiński pociąg... Jak podjechał, tak nie mógł się skończyć :P Czasem trzeba było tuptać kilka minut do właściwego wagonu.

          Porada na przyszłość: nie wybierajcie pociągów bezklasowych ;) Pociąg z Pingyao do Xi'anu kosztował nas 16zł. Trochę zdziwiło nas to, że ten sam dystans do Pingayo kosztował dwa razy tyle, ale idealnie pasowała nam godzina, więc specjalnie się nie zastanawialiśmy. Dopóki nie podjechał horror z wentylatorami i zrozumieliśmy dokładnie, co znaczy brak literki przed numerem połączenia :P

          ***

          Chińczycy jedzą. I to jedzą mnóstwo i wszędzie. Kiedy pierwszy raz zobaczyłam ludzi z siatkami pełnymi jedzenia, idących do pociągu, myślałam, że to siatka dla całej rodziny. Dopóki nie stwierdziłam, że KAŻDY taką niesie o.O Średnio na jedną osobę przypadały dwie zupki chińskie, jakieś snacki typu orzeszki i ze 2 litry wody O.O Nieważne, czy dorosłego czy dziecko. Dodam, że pociąg odjeżdżał najczęściej w okolicach 21 i był na miejscu koło 6. My z Filipem zadowalaliśmy się kolacją przed odjazdem i śniadaniem rano ;)
          Taki sowity prowiant dotyczy nie tylko pociągu. Również przy wyjściu w góry Chińczycy byli zaopatrzeni w zupki, zielone herbaty i snacki. Nawet jeśli większość z nich wyjeżdżała na szczyt kolejką ;]

          ***

          Myślałam, że to Koreańczycy jedzą najwięcej zupek chińskich (uwaga, w Azji najpopularniejsza postać to duży papierowy kubek z makaronem do zalewania, nie jak u nas, paczuszki do włożenia do miski) dopóki nie zobaczyłam stosów kubków pietrzących się w dworcowych sklepach, ulicznych straganach, hotelach, no dosłownie wszędzie.
          Ponieważ to danie narodowe, trzeba umożliwić rzeszom jego spożywanie. Automaty z wrzątkiem (darmowe!) są na lotniskach, dworcach i oczywiście koniecznie w pociągach!
          Ja dopiero od koniec wyjazdu wymyśliłam, że można by ich użyć również to robienia kawy :P

          ***

          W pewnym momencie, widząc po raz kolejny Filipa próbującego się wcisnąć do autobusu (nie mógł się wyprostować i musiał stać ze skrzywioną szyją - od razu stał się oczywiście atrakcją dla miejscowych ;] ), stwierdziłam, że przy wyrabianiu wizy do Azji (a zwłaszcza Chin, tutaj problem rzucił mi się w oczy wyjątkowo) powinno się podawać swoje wymiary :> Wnioski za dużych powinny być odrzucane lub powinni podpisać jakąś klauzulę, że nie będą protestować, że środki transportu, siedzenia, czy inna przestrzeń publiczna są dla nich za małe ;]

          ***

          Jedna z ciekawszych osobliwości Chin: sklepy są tu pogrupowane. Niezależnie od popytu na dane usługi, jeśli znaleźliśmy jeden sklep, było pewne, że kilkanaście metrów dalej będzie kolejny. I dotyczy to zarówno warsztatów samochodowych, hurtowni orzeszków (w tych przypadkach ciągnęły się jeden koło drugiego, wzdłuż całej ulicy), jak i sklepów agd, fryzjerów, sklepów muzycznych, z grami, z przyrządami do kaligrafii, kantorów oraz burdeli. Nawet węższe specjalizacje typu sklep ze sprzętem do golfa, czy wędkarski też zawsze chodziły przynajmniej parami.

          ***

          Podróż chińskim pksem męczy chyba bardziej niż pociągiem... Haha, już widzę jakie horrory sobie wyobrażacie :P A owszem, jest wygodniej, bo busy kursują często i nie ma problemów z miejscówkami. ALE program rozrywkowy, jaki jest fundowany pasażerom... Najczęściej jest to kompilacja kabaretów, puszczona na cały regulator... Poziom gagów jest mocno klozetowy, miałam wrażenie, że cały komizm opiera się na jak najgłośniejszym darciu mordy, bo inaczej się tego nie da nazwać. Chwilą wytchnienia od tego jazgotu jest tyrada przewodnika, wygłoszona szczekającym chińskim, również na cały regulator. Oczywiście Chińczycy czują się w tym hałasie znakomicie, nie przejawiali ani cienia zmęczenia decybelami, wręcz przeciwnie dokładali jeszcze trochę od siebie, gadając nieprzerwanie z innymi.
          Zanotować: artykuł pierwszej potrzeby w Chinach: stopery

          ***

          Zabawne incydenty w pociągach. W wagonach jednego z pociągów były porozwieszane wielkie czerwone banery. Co kilka metrów coś krzyczało żółtymi znakami na pasażerów. W naszym wagonie ich nie było, nie wiedzieć czemu, dzięki czemu mieliśmy przez jakiś czas zabawę, dumając co może być ich treścią. Ich dostojność oraz fakt, że Partia obchodzi właśnie 90. rocznicę założenia, skłoniły nas ku przypuszczeniu, że sławią potęgę partii i systemu. Ale nie XD Przy okazji wizyty w łazience przyjrzałam się im z bliska i okazało się, że to jedynie element kampanii społecznej, uczącej Chińczyków kultury XDXDXD Może i hasła były patetyczne, czego bym się spodziewała, ale mój poziom chińskiego jest za niski, żeby to stwierdzić. Na pewno natomiast chodziło o to, żeby nie rozmawiać przez komórkę, nie przeszkadzać współpasażerom, nie śmiecić itd.

          5 października 2011

          pranie

          edit: przenoszę posta z wcześniej, bo większość ludzi go nie zauważyła, przyzwyczajona do ostatniej niskiej częstotliwości ;)
          Jutro kolejna część Chin, mam nadzieję.

          Zapomniałam o jeszcze jednym bardzo interesującym odkryciu. Pralki w akademiku używały jedynie zimnej wody, ale byłam pewna, że wynika to z oszczędności kierownictwa. Otóż nie! WSZYSTKIE pralki w Japonii piorą w zimnej wodzie. Próżno szukać na opakowaniach proszku informacji o temperaturze wody, reklamy również opierają się głównie na przekonywaniu o zapachu, a nie jak u nas, że nawet w niskiej temperaturze, wypiorą wszystko bez śladu.
          Jedyny wniosek jaki można z takiego stanu rzeczy wyciągnąć jest taki, że Japończycy się nie brudzą. Co najwyżej mogą przesiąknąć jakimś zapachem izakayi, bo przecież o wydzielaniu samemu brzydkich zapachów nie może być mowy! A jeśli już, jakimś cudem, plama na ubraniu się pojawi, to pozostaje tylko je wyrzucić, innego wyjścia nie widzę.

          Przez trzy dni pobytu u znajomej Japonki zaobserwowałam jeszcze jedną osobliwość: ręczniki pierze się tu po jednym użyciu. Po prysznicu czy kąpieli odwiesza się je na szafeczkę i rano wyciąga nowy. Hmm, pewnie w domach z babcią czy niepracującą żoną, które mają czas robić codziennie pranie, taki system się sprawdza...

          4 października 2011

          moda retro!

          Kochana Europa może i ma swoje wady, ale z pewnością jest lepiej ubrana od Nihonii. Idę ja dziś do galerii, a tam wreszcie brak worowatych szarawych sukienek, za to najwyraźniej kolorem kolekcji jesienno-zimowej jest... pomarańczowy! ^___^

          A w Cache cache ciuchy są wręcz i-de-al-ne.



          Moje ulubione kolory, krój i wzory. Kupiłabym przynajmniej ze cztery, ale co z tego skoro biedna jestem? :/
          Więcej tutaj